Chwała i niechwała, czyli krzyżowanie cioty

Jestem z Piotrem 12 lat, od 10 mieszkamy razem, nie wiem, jak musiałbym zachachmęcić, żeby nie było go w moim dzienniku. To by wymagało wygumkowania sporej części życia. Nie widzę takiej potrzeby, nie żyjemy w Rosji. Zresztą jestem ujawniony od lat, nigdy nie robiłem z tego tajemnicy – poza może samym początkiem, kiedy zależało mi, żeby po debiutanckim tomie krytycy nie zaszufladkowali mnie jako poety gejowskiego, którym nie jestem. Opuściłem tylko bardzo osobiste sprawy, bo takie rzeczy publikuje się 50 lat po śmierci.

- mówi Newsweekowi pan Dehnel. Z oczywistych względów nie mógł odpowiedzieć, że po prostu nie ukrywa się osoby, którą się kocha i która jest wielką częścią twojego życia. Z oczywistych, bo przecież prosta odpowiedź nie dałaby mu okazji do kolejnej autopromocji.

Kiedy poprzednim razem czytałem publikowany przez „Replikę” wywiad z Jackiem Dehnelem, wyraził on przekonanie, że Warszawa jest obyczajowo tak odległa od reszty Polski, że wraz z partnerem nie doświadczają typowo polskiej homofobii, w przeciwieństwie do – tutaj będę nieco zgryźliwy- biednych gejów z Polski B, która jest prawdopodobnie wszędzie tam, gdzie nie ma Warszawy. I tutaj dwie rzeczy – po pierwsze pan Dehnel żyje w mydlanej bańce własnego sukcesu i nie widzi, że jego status ekonomiczno-społeczny gra większą rolę od miejsca zamieszkania. Po drugie, nawet na swojej uprzywilejowanej pozycji, pan Dehnel nie stara się przekroczyć „normy”, którą gejowi wyznaczyło homofobiczne społeczeństwo, bo pozwala sobie co najwyżej na bezpieczną „ekstrawagancję” pokazania się ze swoim partnerem publicznie lub napisania o nim w swoim Dzienniku, co dodatkowo tłumaczy tak, jakby głównym powodem ujawnienia się była trudność z wygumkowaniem sporej części życia. W tej samej Warszawie, która w jego mniemaniu jest europejską stolicą, idący za rękę mężczyźni słyszeli wyzwiska i zostali opluci – z pewnością przez człowieka, który nie skojarzyłby go ani z twarzy, ani z nazwiska. Mydlana bańka by pękła.

Ta notka nie ma być jednak ani próbą polemiki, ani jakąś zaplanowaną krytyką pisarza, o ataku nie wspominając. Jak każda wyoutowana osoba publiczna, która nie stroni od rozmów na temat swojego życia, pan Dehnel dokłada, prawdopodobnie całkiem sporą, cegiełkę do burzenia muru lęku, nienawiści i tabu. I chwała mu za to.

Albo chwała i niechwała równocześnie.

Naszła mnie trochę smutna refleksja. Do niedawna internet przelewał się kiepskimi memami, które dzieliły świat gejów na cioty z parad i na panów w garniturach, którzy dzięki wielu czynnikom zapracowali sobie na szacunek i nobilitację z pedała na homoseksualistę. Przekonanie to, wyjątkowo groźne, bo po pierwsze segregujące ludzi na lepszych i gorszych, a po drugie potwierdzające, że gej, w przeciwieństwie do heteryka, musi sobie zapracować na szacunek, jest oczywiście głęboko zakorzenione w mentalności samych gejów. Obecnie to oni podłapali taki trend i podejrzewam, że głównie dzięki samym zainteresowanym nie stracił on jeszcze racji bytu. Gimnazjalistom przecież już się znudził. Gdyby dzielić tak gejów ze światka showbiznesu, panowie tacy jak Jacek Dehnel lub Tomasz Raczek znaleźliby się u samej góry w kolumnie „homoseksualistów z klasą”. Dziwnym trafem, obaj ci panowie zawsze mnie lekko irytują i nic nie potrafię na to poradzić.

Ostatnio często łapię się na zniecierpliwieniu, gdy czytam wypowiedzi homoseksualnych znanych i szanowanych. Można abstrahować w tym momencie od Polski. To raczej uniwersalny mechanizm: panowie z rodzin inteligenckich, z tradycjami i stabilną, jeśli nie wyjątkowo dobrą sytuacją materialną, którzy mieli zapewniony stosunkowo łatwy start w życie, wychodzą z szafy w starannie zaplanowanym przez siebie momencie – gdy pewni są, że taki coming out już im nie zaszkodzi w karierze. Co irytuje mnie w tym powtarzającym się procederze to fakt, że panowie ci są za swój pseudo heroizm nobilitowani i stają na szczycie w „hierarchii” środowiska, które równocześnie bez żenady linczuje tych, którzy nawet fizycznie nie mogli wtopić się w tłum i stawali się ofiarami homofobii zanim jeszcze ukształtowali się w pełni seksualnie. Na ich tle marnie wypadają fałszywi herosi, ale ze względu na swoją – odziedziczoną lub wypracowaną- pozycję, to oni stają się decydującym i często jedynym słyszalnym głosem na linii LGBT a społeczeństwo.

Swoimi coming outami kruszą powoli pomnik stereotypu geja- przegiętej cioty z parad, ale w jego miejsce budują drugi, monumentalny i w moim przekonaniu dużo bardziej toksyczny, bo z pozoru pozytywny – geja, mężczyzny sukcesu, bogatego i przystojnego prawnika, pisarza, dyrektora teatru, ewentualnie biznesmena lub polityka. Takiego, który zawsze będzie bogaty i nigdy się nie zestarzeje, a życie spędzi u boku drugiego przystojnego, osiągającego sukcesy, również zapakowanego w garnitur od Dolce&Gabbana.

Cytuje się więc entuzjastycznie medialne wypowiedzi panów, którzy poza autopromocją nie oferują środowisku niczego konkretnego. Równocześnie, są oni być może jedyną grupą, którą na efektowny aktywizm byłoby stać – i to również w sensie dosłownym. Zwykle są jednak niezdolni do spojrzenia z szerszej perspektywy na to, jak wygląda życie poniżej konkretnej ilości zer na koncie bankowym i bez nazwiska, które miałoby w jakichkolwiek kręgach jakiekolwiek znaczenie. Trochę to smutne.

Środowisko obraża się na przegięte cioty, czyniąc z geja w różowych legginsach kozła ofiarnego, którego należy jak najszybciej ukrzyżować dla dobra „wspólnej sprawy” i odzyskać swoją zszarganą męskość. Tymczasem ja coraz bardziej męczę się stereotypem z przeciwnego bieguna. Nie interesuje mnie już co do powiedzenia o całym środowisku mniejszości seksualnych ma obiecujący młody pisarz, szanowany krytyk filmowy, aktor, reżyser, znany prawnik. Oczywiście, że oni powinni się w tych tematach wypowiadać i ich głosy są szalenie ważne. Ale właśnie dlatego powinni zachować pokorę i zdać sobie sprawę, że są samym czubkiem tej góry lodowej, której 90% nie może się nawet wynurzyć nad powierzchnię homofobicznego ścieku.

Gdzie są dumni i szanowani homoseksualiści, kiedy dzieci oskarżane o bycie pedałami i przegiętymi ciotami wieszają się na sznurówkach? Prawdopodobnie dalej odbywają swoje wojaże po świecie, bezpieczni w swojej mydlanej bańce, bo zejście na ziemię im się zwyczajnie nie opłaca*.

 

(nie wiem kiedy napiszę obiecaną kontynuację poprzedniej notki… pomocy!)

*gwoli sprawiedliwości, Jacek Dehnel opublikował na łamach Polityki bardzo konkretny tekst o dobrych ludziach i Dominiku z Bieżunia

MÓJ POWRÓT

Tak to już jest, że miewam zajawki, więc zostawianie za sobą martwych blogów to moja specjalność. Taki los spotkał Genderystę. Mamy 28 października 2015 roku, a mój ostatni wpis pochodzi z 13 lutego 2014, sprawdziłem. To dwadzieścia jeden miesięcy, podczas których prowadziłem co prawda fanpejdża na fejsie, ale nie starczyło mi chęci do pisania bloga.
Czy wygrana PiSu i brak lewicy (nawet tej nieszczęsnej pseudo-lewicy) w sejmie, przyczyniły się do tego, że – po chwilowej panice- wróciły mi chęci? Tak. Wróciły mi też chęci na bardziej dojrzałą formę aktywizmu, chociaż jeszcze nie jestem pewny, co z nimi zrobię. Obawiam się, że na własne nieszczęście, aktywisty jest we mnie więcej niż jest we mnie tchórza i panikarza, bo za każdym razem, kiedy katastroficzne wizje pchają mnie do nawet bezmyślnej ucieczki, widzę, że zostawiam za sobą całe rzędy nowych Dominików z Bieżunia i nogi wrastają mi w ziemię. Bo przecież wiem, że ja jestem silniejszy od Dominików z Bieżunia i dlatego nie wolno mi uciekać. Jedno jest pewne – przesunięcie dyskursu tak bardzo na prawo wymaga zdecydowanego działania i oporu, a te nie mogą zaistnieć bez ludzi gotowych na pokazanie twarzy. Na razie chowam własną za bezmyślnie przypiętą sobie łatką Genderysty – jeszcze. Już niedługo. Coś wymyślę (a jeśli ktoś jest chętny się dołączyć do tego myślenia, to zapraszam).
Nie mam ochoty na czytanie od nowa starych notek, wiem jednak i bez tego, że młodszy ja popełnił parę grzeszków, z których teraz powinienem zostać rozliczony. Wraz z umierającym Genderystą zostawiłem za sobą kilka nigdy nie rozwiązanych spraw. Pokrótce, sprawa pierwsza: w pewnych kwestiach zmieniły mi się nieznacznie poglądy i chociaż na polskie realia dalej jestem bezbożny i skrajnie radykalny, staram się nie wpadać w ten prawdziwy radykalizm, który dzieli świat tylko na przyjaciół i wrogów – dorosłem w pewnym sensie do pluralizmu. Poza tym, bardziej polubiłem się z legendarnym riserczem, straciłem zainteresowanie tematyką oderwanej od naszych realiów, bo mamy dość własnych problemów: od miesięcy nie odwiedziłem Tumblra w celach innych niż artystyczno-pornograficzne. Z korzyścią dla siebie i dla wszystkich wokoło.
Jest też ważniejsza sprawa, gnębiąca mnie od dłuższego czasu. Nigdy i nigdzie, ani podczas krótkiej przygody z blogiem, ani podczas kolejnych dwudziestu jeden miesięcy, nie napisałem publicznie, że jestem transseksualistą. Bo jestem. Transseksualistą po niepełnej korekcie płci i gejem. Niektórzy, poznając lepiej moją psychikę, z pewnością powiedzieliby, że więcej jest we mnie z osoby niebinarnej płciowo niż z mężczyzny i chyba mieliby rację. Jestem drugim zaraz po syryjskim uchodźcy wrogiem publicznym numer jeden. No, może trzecim, bo przecież przede mną jest jeszcze trans kobieta. Dlatego często się boję i dlatego właśnie nie wolno mi się bać. Czytaj dalej

„Proszę nie dotykać dzieci. To wszystko.”

Oto przesłanie rosyjskiego wicepremiera, Dmitrija Kozaka do homoseksualnych reprezentantów Igrzysk Olimpijskich w Soczi. „Proszę nie dotykać dzieci. To wszystko.” 

Czy większość gejów to pedofile? Czy większość pedofilów to geje? Czy homoseksualizm sprzyja pedofilii? Zbyt często słyszymy takie pytania w publicznej debacie. Zbyt często pada na nie odpowiedź twierdząca. Tymczasem w XXI wieku nie powinniśmy w ogóle zestawiać ze sobą tych dwóch słów w jednym zdaniu, nie wspominając już o stawianiu pytań, które przez sporą część społeczeństwa są odbierane jako pytania retoryczne.

Wiem, że już niejeden bloger, prawdopodobnie o wiele bardziej kompetentny ode mnie, podejmował ten temat. Im jednak krzykliwsza staje się skrajna prawica tym głośniej my, jako całe środowisko LGBTQ, musimy się bronić. Minęły lata od czasów, w których homoseksualizm oficjalnie uznawano za zboczenie, minęły lata od czasów, w których homoseksualni mężczyźni chowali głowę w piasek i akceptowali w milczeniu wszelkie obelgi. I po tylu latach społeczność gejowska nadal nie jest wolna od najgroźniejszego i najobrzydliwszego mitu na swój temat. Geje gwałcą dzieci. Geje krzywdzą dzieci. Geje to pedofile. I o ile to hasło uderza tylko w homoseksualnych mężczyzn (stąd też „społeczność gejowska”), o tyle ewentualne konsekwencje tej medialnej nagonki poniesiemy wszyscy.

Bardzo łatwo jest obnażyć nieprawdziwość tego stwierdzenia, jednak powraca ono uparcie wciąż i wciąż od nowa – wypowiadane niejednokrotnie przez ludzi, którzy doskonale wiedzą, że kłamią i nadużywają swojej wysokiej pozycji, by manipulować opinią społeczną – a potem powtarzane przez tych, którzy w nich wierzą. Czasami pojawia się „dowód” w postaci Trynkiewicza, który gwałcił tylko chłopców, a teraz przyznaje się również do tego, że sypiał z mężczyznami. Nie musi być to zresztą Trynkiewicz, choć jego nazwisko prawica będzie sobie wyciągać wprost z rękawa w każdej dyskusji i machać niczym flagą. Stał się w końcu najnowszą gwiazdą niechlubnych polskich mediów (zaraz po pewnej pani z Sosnowca)

Niektóre z tych wiadomości są prawdziwe, inne sfiksowane na potrzeby „rzetelnej nauki” rodem z dobrze nam wszystkim znanego katolickiego portalu. Niekiedy dowodem jest samo słowo pedofila, któremu nikt by nie uwierzył w normalnych okolicznościach, ale tak się złożyło, że wysłał do chłopca SMS-a, że jest gejem. Bo przecież każdy pedofil mówi prawdę o swoim popędzie każdemu, a już zwłaszcza swojej niedoszłej ofierze.Tylko dlaczego żaden nagłówek nie zaczyna się nigdy od „heteroseksualny pedofil zgwałcił dziewczynkę”?

Dopóki te zarzuty będą padać w stronę środowiska LGBTQ, dopóki gej będzie synonimem dla pedofila (i vice versa), dopóty musimy się bronić i do znudzenia powtarzać, że tak nie jest. Dlaczego tak nie jest? Wyjaśnili to już mądrzejsi ode mnie, demonstrując wyniki szeregu badań naukowych z całego świata. W wielkim skrócie wynika z nich między innymi to, że pedofilia a zainteresowanie dojrzałymi osobnikami nie idzie ze sobą w parze.

„Pytać, ilu gejów jest pedofilami, to jak pytać, ilu mężczyzn zainteresowanych głównie dorosłymi jest zainteresowanych głównie dziećmi. Odpowiedź brzmi: żadni nie są.” - James Cantor, amerykański psycholog kliniczny.

Ba, jakby tego było mało, często płeć dziecka jest w ogóle sprawą drugorzędną, bo głównym bodźcem, który pobudza pedofila, jest niedojrzałość czyli brak cech atrakcyjnych dla ludzi zdrowych. Nie będę się jednak na ten temat przesadnie rozpisywał. Oto dwa linki – jeden do naukowej notki, drugi do listy ciekawych badań i ich wyników:

1. Czy większość gejów to pedofile?

2.Czy homoseksualizm sprzyja pedofilii?

Myślę, że to w pełni wyczerpuje temat domniemanej pedofilii wśród homoseksualnych mężczyzn. 

Wracając do mitu, który równie dobrze można nazwać obelgą: nie tylko upokarza i dehumanizuje, ale stwarza realne zagrożenie. To punkt zapalny i prosta droga do zgotowania mniejszościom seksualnym piekła. Rosyjski zakaz „obnoszenia się” z homoseksualizmem miał dotyczyć ochrony dzieci przed niebezpieczną propagandą, jaką środowiska LGBTQ miałyby rzekomo prowadzić wśród osób niepełnoletnich (wiecie, na przykład istnieć, kiedy w pobliżu są dzieci i nastolatki, albo być homoseksualnym nastolatkiem, o edukacji seksualnej nawet nie wspominając). Przez pewien czas wielu internautów z różnych krajów wzruszało ramionami na sytuację w Rosji, bo nowe prawo nie wydawało im się przesadnie szkodliwe: w końcu dzieci nie powinny być narażone na widok dwóch panów oddających się przyjemnościom analnym. Bo o to chodzi z tym zakazem propagandy, prawda? Nie, nie o to? Niektórzy nie widzieli problemu nawet wtedy, gdy paramilitarne grupy niby-to-zapobiegające-pedofilii, wylęgły się w Rosji w liczbie kilkuset i rozpoczęły (z pełnym przyzwoleniem społecznym, a także z cichym poparciem prawa) polowanie na nastoletnich gejów. Niektórzy pozostali obojętni nawet wtedy, gdy ci dojrzali mężczyźni, pod przykrywką walki z pedofilią, rozbierali chłopców w wieku lat 13-19 do bielizny, pisali na ich ciele obraźliwe słowa, lżyli, dręczyli, wsadzali erotyczne zabawki w ręce i całość filmowali, by następnie wypuścić nagranie do Internetu. W końcu walczyli z pedofilią. Wśród dzieci. Rozbierając, torturując i molestując dzieci. Co w tym jest niby nielogicznego?  

Każdy polityk, publicysta, ksiądz czy inna osoba publiczna, która powiela mit geja-pedofila, polewa benzyną stos, który może lada moment zapłonąć. Nie od dziś wiadomo, że najłatwiej manipulować ludźmi wzbudzając w nich poczucie zagrożenia. Jak wzbudzić poczucie zagrożenia? Wskazując na wroga, oczywiście. A kto jest największym wrogiem, jeśli nie pedofil, ten, który krzywdzi dzieci – i to w tak obrzydliwy sposób? Wielu ludzi, którzy na co dzień opowiadają się za szeroko pojętymi prawami człowieka, traci choćby cień empatii w starciu z pedofilem. Komentarze, które wówczas padają (obojętnie czy słusznie, czy też nie) jeżą włosy na głowie. Pedofil to lont zapalny do bomby skrajnego bestialstwa i agresji. Różne rzeczy dzieją się z pedofilami i ciężko o osobę, która stanęłaby w ich obronie. Dlatego kościelni hierarchowie i katoliccy dziennikarze doskonale wiedzą co robią, przypominając co chwila, że geje to pedofile. Tym to z ich strony podlejsze, że jedyne przypadki pedofilii, które nie spotykają się z agresywnym potępieniem, mają miejsce na plebanii lub w zaciszu kościelnej zakrystii. Nie chcę teraz zagłębiać się w to, ilu księży faktycznie molestuje dzieci – problem wcale nie tkwi w liczbach, a w kościelnej polityce. Gdyby jakakolwiek inna organizacja uchwaliła tajny dokument mający na celu chronić pedofilów (patrz: Crimen Sollicitationis), zostałaby rozwiązana w jednej chwili, a ci sami ludzie, którzy dziś bronią księży, pierwsi domagaliby się prawa do linczu na jej członkach. 

Porównywanie gejów do pedofilów z konkretnego powodu wzbudza we mnie lęk. Nie jest to bowiem pierwszy raz w historii, kiedy manipulacjami o rzekomej krzywdzie dzieci, podsycano nienawiść do konkretnej grupy, konkretnej mniejszości. Chyba wszyscy wiemy, o czym teraz napiszę – tak, tutaj w Polsce przez wieki oskarżano Żydów o to, że robią macę z dzieci. Mit ten był głęboko zakorzeniony w polskim społeczeństwie (założę się, że niejeden zagorzały antysemita dalej w niego wierzy), ale co najbardziej przerażające, nie umarł nawet w czasach Holocaustu. Ba, skrajny antysemityzm znalazł swoje ujście w akcie niewyobrażalnej agresji w zaledwie kilka miesięcy po zakończeniu II wojny światowej.  

Pozwolę sobie przedstawić fragment rozdziału „Pogrom kielecki” z książki „Tajemnice historii – Polska, Europa, świat” (wydawnictwa Publicat):

„3 lipca 1946 roku zaginął w Kielcach dziewięcioletni Henio Błaszczyk. Gdy tego samego dnia wrócił do domu, uradowany ojciec chciał go przywołać do porządku tradycyjnym sposobem, czyli pasem. Henio oświadczył wówczas, że był przetrzymywany w piwnicy przez jakiegoś mężczyznę, zdołał jednak uciec. Nazajutrz wskazał miejsce uwięzienia: budynek przy jednej z kieleckich ulic, Planty 7. Wskazał też porywacza, Kałamana Singera, który dziwnym trafem znalazł się przed domem, gdy chłopca prowadzono z komisariatu. Budynek bowiem zamieszkiwali Żydzi, ocalali z pożogi Holocaustu. Milicjanci przywieźli więc Singera na posterunek i tam pobili. Po Kielcach lotem błyskawicy rozeszła się wieść o porwaniu Henia przez Żydów. Padła na podatny grunt, bo przecież od co najmniej pięciuset lat polski lud wiedział swoje: że Żydzi porywali dzieci „na macę”  […] Teraz plotka przerodziła się w konkret. Do domu na Plantach wyruszyło 14 milicjantów, by wyjaśnić sprawę porwania. Wokół budynku zaczął się gromadzić tłum. O 9:30 szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa mjr Władysław Sobczyński podjął decyzję: wysłać stu żołnierzy i pięciu oficerów. Oddział wtargnął do gmachu, żołnierze stanęli na schodach i zaczęli katować wyprowadzanych Żydów. Tłum przyłączył się do oprawców: ludzie dobijali kamieniami pobitych. Wyrzucano ich z drugiego piętra, żołnierze strzelali, a niedawni jeszcze gapie masakrowali ofiary. Przewodniczący Komitetu Żydowskiego, dr Kahane, został zabity strzałem w plecy przez porucznika WP, po zapewnieniu, że zaraz wszystko się skończy!

Pogrom zaczął się rozprzestrzeniać i w innych dzielnicach miasta, gdy dołączyli robotnicy Huty ”Ludwików”, uzbrojeni w żelazne narzędzia. Dopiero sprowadzenie wojska z Warszawy, około 17, powstrzymało oprawców.

Cztery dni później odbył się pogrzeb 40 zamordowanych Żydów. Wzięło w nim udział około 10 000 Polaków. Dwie kolejne ofiary zmarły niebawem z powodu odniesionych ciężkich ran. […]

Okazało się bowiem, że dom przy Plantach 7 nie ma piwnicy, w której mały Błaszczyk rzekomo był więziony. A Henio niebawem wyznał, że całą historię zmyślił, by uniknąć lania; skorzystał z sugestii przyjaciela rodziny, że to Żydzi go porwali.”

Dlatego czuję ogarniającą mnie bezsilną wściekłość za każdym razem, gdy ktoś (ktokolwiek by to nie był – polityk, czy dzieciak na internetowym forum) łączy pedofilię z homoseksualnością, by przekazywać oszczerstwo dalej i jeszcze głębiej zakorzeniać je w ludzkiej świadomości. To kłamstwo, podłe kłamstwo, ma służyć konkretnym celom w wojnie ideologicznej, w jakiej się obecnie w Polsce znajdujemy i która chyba już na dobre przysłoniła sens walki o prawa człowieka. Ciężko czasem powiedzieć, którzy medialni prawicowcy utonęli w odmętach paranoi i fanatyzmu, a którzy świadomie manipulują tłumem. Jedno jest pewne- sukcesywne oskarżanie konkretnej grupy o to, że stanowi zagrożenie dla tych naszych niewinnych, polskich dzieci, jest prostą drogą do linczu. Stąpamy po polu minowym. To nic, że tak wiele z tych niewinnych, polskich dzieci chodzi głodnych, brudnych, pobitych. Ważne, że geje to pedofile, którzy mogą je skrzywdzić gwałcąc i seksualizując, ubierając w sukienki i nauczając w przedszkolach wraz z feministkami technik zakładania prezerwatyw i masturbacji na instruktażowym bananie…

„Tego ognia nic już nie ugasi”

Oddział Telewizyjny Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przyznał nagrodę Polskiej Szabli Ułańskiej za „Najlepszą fotografię patriotyczną roku 2013” powyższemu zdjęciu. Najlepiej byłoby móc spuścić wzrok i milczeniem pełnym zażenowania uhonorować tę haniebną decyzję. Jednak w kraju, w którym granice powoli i „niezauważalnie” zostają przesuwane, nie stać nas już na luksus milczenia. Jeży mi się włos na głowie, kiedy czytam tytuł, którym opisano zwycięską fotografię: „Tego ognia nic już nie ugasi”. Nie lubię chrześcijan, którzy lubią ogień i to nawet nie jest żart z mojej strony. Palenie wiedźm to zbyt odległa historia, by się nią przejąć. Żarty o Świętej Inkwizycji, której nikt się nie spodziewał, nigdy nie przestały być zabawne. Piece w obozach koncentracyjnych cuchną dla niektórych histerią ludzi pozbawionych sensownych argumentów, a poza tym – jak zauważą inni – niewiele mają wspólnego z „pobożnym” chrześcijaństwem. Na szczęście mogę z pamięci sypać przykładami nie związanymi bezpośrednio z III Rzeszą, za to bezpośrednio dotyczącymi mniejszości seksualnych i takiego ognia, „którego nic już nie ugasi”. W internecie łatwo znaleźć filmik pochodzący z Afryki, na którym homoseksualny mężczyzna zostaje żywcem spalony na ulicy. Za prześladowania mniejszości seksualnych w państwach afrykańskich winę ponoszą dwie wielkie religie: islam i chrześcijaństwo. I nie, to drugie wcale nie jest bardziej miłosierne. W okolicach kwietnia 2013 roku Peruwiańczyk Hitler Baneo Núñez podpala swojego dwudziestodwuletniego homoseksualnego syna, który jest nosicielem HIV i obiektem kpin w rodzinnej wsi. Za Wikipedią: w 2007 roku 81,7% Peruwiańczyków powyżej 12 r.ż. określiło się jako katolicy, 12,5% jako ewangelicy, 3,3% było innego wyznania, a 2,9% nie wyznawało żadnej religii. W grudniu 2013 rosyjski aktor (i ksiądz aż do 2011 roku) Ivan Okhlobystin nawołuje rodaków do palenia gejów żywcem w piecach. Z rodzinnego podwórka: w 2009 roku polski ksiądz na krakowskim rynku udziela jak najbardziej poważnego wywiadu i wyraża chęć palenia gejów. Nagranie istnieje do tej pory i również łatwo je znaleźć. Tymczasem kilka dni temu redaktor naczelny Frondy, T. Terlikowski, z szerokim uśmiechem na twarzy porąbał siekierą karty tarota i wrzucił je w płomienie swojego domowego kominka. Niedługo potem użytkownicy Twittera mogli cieszyć się z takiego oto śmiesznego „lapsusa”, którego nie powstydziłby się sam Abp. Michalik:

Ha- ha- ha. Się uśmiałem. Wracając jednak do płonącej tęczy. Następujące orzeczenie złożyła w tej sprawie Julita Wójcik, autorka instalacji artystycznej TĘCZA na placu Zbawiciela w Warszawie:

W związku z przyznaniem przez Oddział Telewizyjny Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich nagrody Polskiej Szabli Ułańskiej za „Najlepszą fotografię patriotyczną roku 2013” pragnę wyrazić swój protest.
Fotografią nagrodzoną zostało zdjęcie zatytułowane „Tego ognia nic już nie ugasi“ przedstawiające uczestnika marszu z 11 listopada 2013 roku, który wymachując biało – czerwoną flagą triumfuje na tle płonącej TĘCZY.
Pragnę przypomnieć, iż spalenie TĘCZY było przestępstwem niszczenia mienia publicznego, agresywnym aktem homofobii skierowanym przeciwko innym ludziom oraz przeciwko dziełu sztuki.
Nazywanie takiego aktu przemocy patriotyzmem jest promowaniem i legitymizowaniem nienawiści.
Dziwi mnie, że Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich promuje homofobię i nienawiść.
Jako polska artystka i obywatelka Rzeczpospolitej Polskiej protestuję przeciwko takiemu pojmowaniu patriotyzmu oraz przeciwko promowaniu takiego pseudo patriotyzmu.

Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich to jakościowo taki sam niestrawny produkt, jak Stowarzyszenie Psychologów Katolickich, które wyłoniło się w mediach przy okazji jakiejś żenującej „obiektywnej” debaty na temat homoseksualizmu, lub Stowarzyszenie Farmaceutów Katolickich, o którym od dawna jest wszędzie głośno. O ile jednak te dwa stowarzyszenie bardziej zaszkodzą konkretnym osobom, które będą miały pecha natknąć się na członka stowarzyszenia tam, gdzie się go nie spodziewają (np. gej trafi do psychologa, który zechce go uleczyć, a kobieta z powodu klauzuli sumienia nie znajdzie apteki, w której mogłaby kupić pigułki wczesnoporonne), tak Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy szkodzi w szerszym zakresie i jako część opiniotwórczych mediów, poniesie niedługo odpowiedzialność za coraz szybciej rosnącą falę agresji wymierzoną w mniejszości seksualne. W kraju, w którym nie chroni nas żadna ustawa antydyskryminacyjna, opiniotwórcze stowarzyszenie wysyła jasny sygnał do agresywnych formacji zrzeszających nie tylko prostackich chamów, ale i ich cynicznych liderów. Sygnał ten brzmi „tak, macie nasze przyzwolenie”. Róbcie co uznacie za słuszne i w taki sposób, jaki uznacie za słuszny. Nikt się nie będzie buntował. Na co to przyzwolenie? Na akty przemocy i agresywne, niezgodne z prawem działania, które mają na celu podjudzanie tłumu i prędzej czy później wymuszenie na rządzących konkretnych decyzji. Decyzji takich jak porzucenie jakiejkolwiek sejmowej czy medialnej dyskusji o prawach człowieka i ochronie mniejszości. A następnie zastosowanie rozwiązań takich, jakimi szczyci się nasz wschodni sąsiad Ukraina, i przede wszystkim Rosja. Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich nie tylko dało przyzwolenie, ale dosłownie nagrodziło działania, które mniej lub bardziej wpisują się w definicję jednej z odmian terroryzmu. Granica została znowu przesunięta – nie o kilka milimetrów jak zwykle. Tym razem przesunięto ją o wiele dalej. Oto bandycka „partyzantka” nosi miano patriotyzmu. Ba, patriotyzmu najlepszego ze wszystkich możliwych. Chce się zgrzytać zębami i to chyba jedyne, co nam pozostało. Śmiać się już nie można, a nad rozlanym mlekiem też już nie warto płakać. Stało się. Żyjemy w kraju, który w tylko jednym jest dobry – jak żaden inny w Unii Europejskiej zachęca liberalną młodzież do tego, by opuściła jego granice i już nigdy nie wróciła. Kiedy Agnieszka Holland niedawno zauważyła, że młodzi Polacy emigrują nie tylko z przyczyn ekonomicznych, w komentarzach rozpętało się piekło. Kiedy pisałem, że większość gejów i lesbijek marzy o wyjeździe z powodu dyskryminacji, prawicowiec mnie wyśmiał, bo co to dla kraju za różnica. Raptem 2 miliony ludzi (podczas gdy ponad 2 miliony już przebywają poza granicami kraju i jakoś im nie spieszno wracać w rodzinne strony). Powodzenia, Wielka Polsko.

Na zakończenie przypomnę tylko, że w nocy z 4 na 5 stycznia bieżącego roku w Szczecinie został zakatowany na śmierć student. Miał 21 lat i był gejem. Nagradzajcie dalej płonące tęcze i promujcie nienawiść. Przecież głos tych, którzy się sprzeciwiają, jest szybko uciszany lub wyśmiewany, a każda myśl nasuwająca oczywiste skojarzenia, zostaje zbijana niemożliwym do obalenia „prawem Godwina”. 

Proszę was, nie płaczmy nad Australią!

Obecnie na wielu stronach LGBT toczą się dyskusje o tym, że Sąd Najwyższy zdelegalizował jednopłciowe małżeństwa w Australii. [1]

O ile jest to prawda i niezbyt wesoła wiadomość (zwłaszcza dla par, które zdążyły się już pobrać), zdziwiło mnie, że wszyscy wypowiadają się o tym wyłącznie jako o sprawie ideologicznej. Środowiska mniejszościowe oburzają się na powrót w mroki średniowiecza, a konserwatywne (jak mogę sobie tylko wyobrazić, bo z reguły nie przebywam po tamtej stronie internetu) pewnie już zacierają ręce, że Australia jednak nie poddała się homoterrorowi.

Równocześnie bez większych emocji przeszedł fakt, że w Indiach znów uznano homoseksualizm za przestępstwo. [2] W porównaniu do wiadomości z Australii, wiadomość z Indii smuci mnie o wiele bardziej. Decyzja ta jest powiązana wyłącznie z ideologią i wiarą, natomiast decyzja sądu australijskiego, wbrew pozorom, nie jest. Owszem, to mocno frustrująca sytuacja, ale zaistniała tylko dlatego, że za legalizację małżeństw jednopłciowych zabrano się najwyraźniej od końca.

Sąd Najwyższy musiał zdelegalizować małżeństwa jednopłciowe. Dlaczego? Zacznijmy od początku: nie warto ufać hucznym nagłówkom gazet. Sprawa nie dotyczy całej Australii, a jedynie Australijskiego Terytorium Stołecznego. Bo tylko tam, póki co, uchwalono małżeństwa jednopłciowe. Podobnie jak poszczególne stany w USA, australijskie terytoria rządzą się swoimi lokalnymi prawami – i dlatego w ogóle pojawił problem. Niestety – okazuje się, że małżeństwa jednopłciowe stoją w sprzeczności z istniejącym już federalnym dokumentem obowiązującym w całej Australii, który definiuje małżeństwo jako związek między kobietą i mężczyzną.

Sąd zaznaczył, że po zmianie tego zapisu, nic nie stoi na przeszkodzie zalegalizowania od nowa małżeństw jednopłciowych, tym razem już w zgodzie z australijską konstytucją.

Dlatego nie ma się co oburzać, a przynajmniej nie tak fanatycznie i bezmyślnie. Australia jest na prostej drodze do legalizacji małżeństw jednopłciowych na całym kontynencie. Przy okazji geje i lesbijki mają związki partnerskie i szereg praw, o których Polacy mogą tylko pomarzyć.

Więc proszę was drodzy rodacy, nie płaczmy nad Australią!