Archiwa kategorii: Kultura LGBT

Szkoda.

Od lat redaktorzy Fronda.pl serwują swoim czytelnikom starannie wybrane zdjęcia z zachodnich parad równości, okraszając nimi już i tak dostatecznie pikantne artykuły z pogranicza fantasy i science fiction o homoseksualnych demonach, satanistach, muzułmanach i przykrych skutkach stosunków analnych. heheNie tak dawno w kilku polskich miastach zawisły plakaty z dwoma mężczyznami w skórach, którzy idą niemal nadzy po ulicy. Hasła z plakatu nie przytoczę. Po pierwsze, musiałbym grzebać w ścieku, żeby je znaleźć. Po drugie pamiętam, że było obrzydliwe.

Działania te mają obrzydzić społeczeństwu środowisko mniejszości seksualnych – ale nie mogę się oprzeć wrażeniu, że najbardziej podatni na ich wpływ są nie heterycy, a my sami. Najgłośniej o szkodliwości parad równości krzyczą sami geje. Z pewnością obrazki ekshibicjonistycznych skórzaków utwierdzą niejednego w skrajnej homofobii, ale kto nie był do tej pory homofobem, prawdopodobnie nagle nim nie zostanie, bo jakiś Niemiec ma srogie fetysze* a pewien Amerykanin wymalował twarz farbkami we wszystkich kolorach tęczy. Takie obrazki służą raczej homofobom do mentalnej, wzajemnej, grupowej masturbacji nad własną homofobią – i całkiem możliwe, że w tej obscenicznej metaforze jest więcej prawdy, niż byśmy chcieli.

Ale niestety, obrazki rozebranych lub tęczowo-różowych panów przede wszystkim wyrządzają krzywdę samym gejom, którzy w Polsce zbyt łatwo dają sobie odbierać poczucie godności (a być może nigdy go nie mieli).  Są narzędziem walki i niestety- narzędziem bardzo skutecznym. Wyrządzają krzywdę psychiczną, chociaż sami poszkodowani zdają się tego nie zauważać.

Chwiejne to nasze środowisko, bez kręgosłupa, bez charakteru, rozdarte na milion części. W przytłaczającej większości polskie mniejszości seksualne przejęły od homofobów przekonania i drżą na myśl o tym, że gdzieś na świecie ciota w różowych piórach może czuć się szczęśliwa i wcale nie obdarta z godności.

Szkoda.

*sami przyznajcie, że Niemcy kojarzą się ze srogimi fetyszami 

 

 

 

 

Chwała i niechwała, czyli krzyżowanie cioty

Jestem z Piotrem 12 lat, od 10 mieszkamy razem, nie wiem, jak musiałbym zachachmęcić, żeby nie było go w moim dzienniku. To by wymagało wygumkowania sporej części życia. Nie widzę takiej potrzeby, nie żyjemy w Rosji. Zresztą jestem ujawniony od lat, nigdy nie robiłem z tego tajemnicy – poza może samym początkiem, kiedy zależało mi, żeby po debiutanckim tomie krytycy nie zaszufladkowali mnie jako poety gejowskiego, którym nie jestem. Opuściłem tylko bardzo osobiste sprawy, bo takie rzeczy publikuje się 50 lat po śmierci.

- mówi Newsweekowi pan Dehnel. Z oczywistych względów nie mógł odpowiedzieć, że po prostu nie ukrywa się osoby, którą się kocha i która jest wielką częścią twojego życia. Z oczywistych, bo przecież prosta odpowiedź nie dałaby mu okazji do kolejnej autopromocji.

Kiedy poprzednim razem czytałem publikowany przez „Replikę” wywiad z Jackiem Dehnelem, wyraził on przekonanie, że Warszawa jest obyczajowo tak odległa od reszty Polski, że wraz z partnerem nie doświadczają typowo polskiej homofobii, w przeciwieństwie do – tutaj będę nieco zgryźliwy- biednych gejów z Polski B, która jest prawdopodobnie wszędzie tam, gdzie nie ma Warszawy. I tutaj dwie rzeczy – po pierwsze pan Dehnel żyje w mydlanej bańce własnego sukcesu i nie widzi, że jego status ekonomiczno-społeczny gra większą rolę od miejsca zamieszkania. Po drugie, nawet na swojej uprzywilejowanej pozycji, pan Dehnel nie stara się przekroczyć „normy”, którą gejowi wyznaczyło homofobiczne społeczeństwo, bo pozwala sobie co najwyżej na bezpieczną „ekstrawagancję” pokazania się ze swoim partnerem publicznie lub napisania o nim w swoim Dzienniku, co dodatkowo tłumaczy tak, jakby głównym powodem ujawnienia się była trudność z wygumkowaniem sporej części życia. W tej samej Warszawie, która w jego mniemaniu jest europejską stolicą, idący za rękę mężczyźni słyszeli wyzwiska i zostali opluci – z pewnością przez człowieka, który nie skojarzyłby go ani z twarzy, ani z nazwiska. Mydlana bańka by pękła.

Ta notka nie ma być jednak ani próbą polemiki, ani jakąś zaplanowaną krytyką pisarza, o ataku nie wspominając. Jak każda wyoutowana osoba publiczna, która nie stroni od rozmów na temat swojego życia, pan Dehnel dokłada, prawdopodobnie całkiem sporą, cegiełkę do burzenia muru lęku, nienawiści i tabu. I chwała mu za to.

Albo chwała i niechwała równocześnie.

Naszła mnie trochę smutna refleksja. Do niedawna internet przelewał się kiepskimi memami, które dzieliły świat gejów na cioty z parad i na panów w garniturach, którzy dzięki wielu czynnikom zapracowali sobie na szacunek i nobilitację z pedała na homoseksualistę. Przekonanie to, wyjątkowo groźne, bo po pierwsze segregujące ludzi na lepszych i gorszych, a po drugie potwierdzające, że gej, w przeciwieństwie do heteryka, musi sobie zapracować na szacunek, jest oczywiście głęboko zakorzenione w mentalności samych gejów. Obecnie to oni podłapali taki trend i podejrzewam, że głównie dzięki samym zainteresowanym nie stracił on jeszcze racji bytu. Gimnazjalistom przecież już się znudził. Gdyby dzielić tak gejów ze światka showbiznesu, panowie tacy jak Jacek Dehnel lub Tomasz Raczek znaleźliby się u samej góry w kolumnie „homoseksualistów z klasą”. Dziwnym trafem, obaj ci panowie zawsze mnie lekko irytują i nic nie potrafię na to poradzić.

Ostatnio często łapię się na zniecierpliwieniu, gdy czytam wypowiedzi homoseksualnych znanych i szanowanych. Można abstrahować w tym momencie od Polski. To raczej uniwersalny mechanizm: panowie z rodzin inteligenckich, z tradycjami i stabilną, jeśli nie wyjątkowo dobrą sytuacją materialną, którzy mieli zapewniony stosunkowo łatwy start w życie, wychodzą z szafy w starannie zaplanowanym przez siebie momencie – gdy pewni są, że taki coming out już im nie zaszkodzi w karierze. Co irytuje mnie w tym powtarzającym się procederze to fakt, że panowie ci są za swój pseudo heroizm nobilitowani i stają na szczycie w „hierarchii” środowiska, które równocześnie bez żenady linczuje tych, którzy nawet fizycznie nie mogli wtopić się w tłum i stawali się ofiarami homofobii zanim jeszcze ukształtowali się w pełni seksualnie. Na ich tle marnie wypadają fałszywi herosi, ale ze względu na swoją – odziedziczoną lub wypracowaną- pozycję, to oni stają się decydującym i często jedynym słyszalnym głosem na linii LGBT a społeczeństwo.

Swoimi coming outami kruszą powoli pomnik stereotypu geja- przegiętej cioty z parad, ale w jego miejsce budują drugi, monumentalny i w moim przekonaniu dużo bardziej toksyczny, bo z pozoru pozytywny – geja, mężczyzny sukcesu, bogatego i przystojnego prawnika, pisarza, dyrektora teatru, ewentualnie biznesmena lub polityka. Takiego, który zawsze będzie bogaty i nigdy się nie zestarzeje, a życie spędzi u boku drugiego przystojnego, osiągającego sukcesy, również zapakowanego w garnitur od Dolce&Gabbana.

Cytuje się więc entuzjastycznie medialne wypowiedzi panów, którzy poza autopromocją nie oferują środowisku niczego konkretnego. Równocześnie, są oni być może jedyną grupą, którą na efektowny aktywizm byłoby stać – i to również w sensie dosłownym. Zwykle są jednak niezdolni do spojrzenia z szerszej perspektywy na to, jak wygląda życie poniżej konkretnej ilości zer na koncie bankowym i bez nazwiska, które miałoby w jakichkolwiek kręgach jakiekolwiek znaczenie. Trochę to smutne.

Środowisko obraża się na przegięte cioty, czyniąc z geja w różowych legginsach kozła ofiarnego, którego należy jak najszybciej ukrzyżować dla dobra „wspólnej sprawy” i odzyskać swoją zszarganą męskość. Tymczasem ja coraz bardziej męczę się stereotypem z przeciwnego bieguna. Nie interesuje mnie już co do powiedzenia o całym środowisku mniejszości seksualnych ma obiecujący młody pisarz, szanowany krytyk filmowy, aktor, reżyser, znany prawnik. Oczywiście, że oni powinni się w tych tematach wypowiadać i ich głosy są szalenie ważne. Ale właśnie dlatego powinni zachować pokorę i zdać sobie sprawę, że są samym czubkiem tej góry lodowej, której 90% nie może się nawet wynurzyć nad powierzchnię homofobicznego ścieku.

Gdzie są dumni i szanowani homoseksualiści, kiedy dzieci oskarżane o bycie pedałami i przegiętymi ciotami wieszają się na sznurówkach? Prawdopodobnie dalej odbywają swoje wojaże po świecie, bezpieczni w swojej mydlanej bańce, bo zejście na ziemię im się zwyczajnie nie opłaca*.

 

(nie wiem kiedy napiszę obiecaną kontynuację poprzedniej notki… pomocy!)

*gwoli sprawiedliwości, Jacek Dehnel opublikował na łamach Polityki bardzo konkretny tekst o dobrych ludziach i Dominiku z Bieżunia

Proszę was, nie płaczmy nad Australią!

Obecnie na wielu stronach LGBT toczą się dyskusje o tym, że Sąd Najwyższy zdelegalizował jednopłciowe małżeństwa w Australii. [1]

O ile jest to prawda i niezbyt wesoła wiadomość (zwłaszcza dla par, które zdążyły się już pobrać), zdziwiło mnie, że wszyscy wypowiadają się o tym wyłącznie jako o sprawie ideologicznej. Środowiska mniejszościowe oburzają się na powrót w mroki średniowiecza, a konserwatywne (jak mogę sobie tylko wyobrazić, bo z reguły nie przebywam po tamtej stronie internetu) pewnie już zacierają ręce, że Australia jednak nie poddała się homoterrorowi.

Równocześnie bez większych emocji przeszedł fakt, że w Indiach znów uznano homoseksualizm za przestępstwo. [2] W porównaniu do wiadomości z Australii, wiadomość z Indii smuci mnie o wiele bardziej. Decyzja ta jest powiązana wyłącznie z ideologią i wiarą, natomiast decyzja sądu australijskiego, wbrew pozorom, nie jest. Owszem, to mocno frustrująca sytuacja, ale zaistniała tylko dlatego, że za legalizację małżeństw jednopłciowych zabrano się najwyraźniej od końca.

Sąd Najwyższy musiał zdelegalizować małżeństwa jednopłciowe. Dlaczego? Zacznijmy od początku: nie warto ufać hucznym nagłówkom gazet. Sprawa nie dotyczy całej Australii, a jedynie Australijskiego Terytorium Stołecznego. Bo tylko tam, póki co, uchwalono małżeństwa jednopłciowe. Podobnie jak poszczególne stany w USA, australijskie terytoria rządzą się swoimi lokalnymi prawami – i dlatego w ogóle pojawił problem. Niestety – okazuje się, że małżeństwa jednopłciowe stoją w sprzeczności z istniejącym już federalnym dokumentem obowiązującym w całej Australii, który definiuje małżeństwo jako związek między kobietą i mężczyzną.

Sąd zaznaczył, że po zmianie tego zapisu, nic nie stoi na przeszkodzie zalegalizowania od nowa małżeństw jednopłciowych, tym razem już w zgodzie z australijską konstytucją.

Dlatego nie ma się co oburzać, a przynajmniej nie tak fanatycznie i bezmyślnie. Australia jest na prostej drodze do legalizacji małżeństw jednopłciowych na całym kontynencie. Przy okazji geje i lesbijki mają związki partnerskie i szereg praw, o których Polacy mogą tylko pomarzyć.

Więc proszę was drodzy rodacy, nie płaczmy nad Australią!


Kilka słów o rasizmie i „nieumyślnym” apartheidzie w przestrzeni internetowej

Moja notka nie ma nic wspólnego z niedawną śmiercią Nelsona Mandeli. Dojrzewała w mojej głowie od dawna, ale wstrzymywałem się z nią, by nie „przedobrzyć”. W końcu dojrzała odpowiednio (no dobrze, być może częściowo pod wpływem Mandeli) – i oto jest. Przybyła w swojej finalnej formie nieoczekiwanie. Nawet dla mnie. Dorastałem na tekstach o asfaltach i polu bawełny, na wierszyku o murzynku Bambo, co w Afryce mieszkał i się nie mył, bo bał się wybielić. Może dlatego rasizm mierzi mnie i brzydzi nawet silniej od homofobii. Kiedyś myślałem, że rasizm nie funkcjonuje już w państwach bardziej ucywilizowanych od Polski. Potem zacząłem utrzymywać internetowe znajomości „around the world”. Rasizm wciąż żyje i jest głęboko zakorzeniony w społeczeństwach zachodnich. Nawet tam, gdzie naprawdę nie powinno go już być.interracial
Rasizm w społeczności gejowskiej jest wciąż popularny. W skrócie oznacza to tyle, że spora część białych gejów dla zasady nie umawia się z czarnymi. Często taką informację można spotkać już w ich opisie profilu na portalu randkowym. Istnieją też setki blogów internetowych, które umieszczają zdjęcia wyłącznie białych mężczyzn. Tłumaczą to zawsze tak samo: preferencjami i gustem. Niestety, ale pod tą jakże niewinną wymówką kryje się poważniejszy problem. Coś musi być bardzo nie w porządku, skoro któregoś dnia dostałem wiadomość prywatną – nastoletni chłopak (USA) pytał, czy zdarza mi się publikować zdjęcia czarnych gejów, bo przez takie „czyste rasowo” blogi jak mój, jest mu jeszcze trudniej znaleźć chłopaka. Napisał, że i tak nikt nie chce się umawiać z czarnym chłopakiem. Odpisałem mu, trochę zaskoczony, że nawet nie zdawałem sobie sprawy z prowadzenia „białego” bloga. Pewnie dlatego, że jestem biały i mieszkam w białym społeczeństwie. Od tamtej pory zacząłem przywiązywać wagę do tego, co robię. Przede wszystkim zadałem sobie pytanie: dlaczego tak właściwie nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby zainteresować się zdjęciem ciemnoskórego mężczyzny? Tak, sam tłumaczyłem to sobie „preferencjami”. Ale potem zagłębiłem się w temat i oswoiłem z widokiem skóry innej niż moja własna. Czarnoskórzy mężczyźni zaczęli mi się podobać, nawet jeśli dalej mieszkam w jednokolorowym społeczeństwie (na razie…).  Myślałem też długo o kwestiach „preferencji”. Zauważyłem jedno: nikt nigdy nie pisze, że z zasady nie umawia się z Azjatami. Te tak zwane „białe” blogi często nie są wcale „białe”, bo publikują także zdjęcia Azjatów. Są białe w tym sensie, że po prostu nie ma na nich mężczyzn o afrykańskich korzeniach. Jak to właściwie jest więc z „preferencjami” i Azjatami? Nawet jeśli akurat tak się złożyło, że chłopcy z tamtych regionów świata fizycznie się komuś nie podobają, nikt nie pisze o tym w sposób tak radykalny. Jakoś więc tak się ciągle dziwnie składa, że „preferencje i gust” wykluczają z gry tylko czarnoskórych mężczyzn. Taki internetowy apartheid.

Jest taka zasada, że jeśli chce się kogoś zrozumieć, trzeba spróbować postawić się na jego miejscu. Z tym nigdy nie miałem kłopotów, ba, zwykle nie musiałem tego robić, bo to ja byłem w dyskryminowanej grupie. Jestem w tylu mniejszościach naraz, że czasem dziwię się, że nie „pokarało” mnie do tego jeszcze kilka tonów ciemniejszą karnacją. Tak, bycie białym daje mi przepustkę do chyba jedynej większości, w jakiej się znajduję. A właściwie, to przepustkę do rządzącej mniejszości, jeśli musimy mocno trzymać się faktów – bo rasa biała wcale nie przeważa w populacji światowej. Pod tym względem naprawdę mamy dyktaturę mniejszości (ucieszyłoby to może pewnego pana z pewnego radia?). Ale do rzeczy. Jestem biały, lubię kolor mojej skóry – ale po primo, nie jestem z niej dumny, bo to żadne osiągnięcie. Secundo, największa głupota jaką można usłyszeć z ust białego człowieka to tekst, że przeciwstawianie się rasizmowi to działanie przeciwko białej rasie. Tertio, czarnoskórzy mężczyźni są piękni. Rozumiem, że można nie przepadać za pewnymi konkretnymi cechami czyjegoś wyglądu, w tym za cechami typowymi dla konkretnej rasy. To tak jak można nie lubić brunetów, bo preferuje się blondynów. Jednak nie ma większej głupoty, niż ortodoksyjne wyznawanie żelaznej zasady „jeśli jesteś brunetem, nawet do mnie nie pisz”. Skoro się mieszka w wielokulturowym, różnokolorowym społeczeństwie, głupotą jest nie korzystać z różnorodności, którą się ma przed sobą na wyciągnięcie ręki. Głupotą jest też przekreślanie całej grupy, bo coś tam [wstaw dowolny powód]. Kontynuując analogię z brunetami – co, jeśli facet, z którym twoje życie wyglądałoby lepiej, niż z jakimkolwiek blondynem, jest akurat brunetem, więc odesłałeś go z kwitkiem, zanim się w ogóle poznaliście?

Czego nauczyły mnie internety w kontekście rasizmu wśród gejów? Kilku rzeczy. Przede wszystkim, czarnoskórym gejom jest ciężej. Ich środowisko przesiąknięte jest homofobią bardziej niż liberalniejsze środowisko białych. Ciężej też znaleźć im partnera – obojętne czy szukają wśród „swoich”, czy wśród białych. Czarnych gejów w zachodnich społeczeństwach jest po prostu mało, a co do białych…. Przez przemysł porno biali fetyszyzują czarnych mężczyzn, oczekując od nich dominacji, wielkiego przyrodzenia, mocno umięśnionego ciała i eskalacji brutalnej męskości. Indywidualne potrzeby jednostki często zanikają, przykryte pornograficznym (i mocno egoistycznym) wyobrażeniem, które przeciętny biały gej wyrobił sobie o czarnych mężczyznach w długie samotne wieczory. Dlatego czarnoskórzy często stają się środkiem do zaspokojenia fantazji erotycznej – i właściwie niczym więcej. Z powodu homofobii głęboko zakorzenionej w czarnych społecznościach – i z powodu „wymagań”, jakie stawia przed nimi pornografia – czarnoskórym gejom ciężej zaakceptować swoją orientację. I jeszcze ciężej być im „niemęskimi”.

Któregoś dnia zrozumiałem te mechanizmy – a ponieważ już dawno wyrosłem z upokarzających bajek o murzynkach Bambo etc.- zazgrzytałem zębami.

 

PS. Jesli już siedzimy w temacie rasizmu. Link dla zainteresowanych: Zanele Muholi. Lesbijka, fotografka z RPA. Opowiada nie tylko o ciężkim losie afrykańskich lesbijek, ale w swojej twórczości porusza także tematykę lesbijskich związków mieszanych, w których czarnoskóra kobieta często czuje się gorsza od swojej białej partnerki…

Dlaczego nikt nie organizuje heteroseksualnych parad miłości?

Na własne życzenie włączyłem dzisiaj komputer, na własne życzenie przejrzałem kilka stron relacjonujących marsz, na własne życzenie przeczytałem kilkanaście komentarzy ludzi, których komentarzy wolałbym nie czytać. Wszystko to stało się na moje własne życzenie, więc nie mam na kogo zrzucić winy za mój pieski nastrój.

Ponieważ obiecałem sobie, że ten blog nie będzie polityczną breją, nie rozpiszę się o nacjonalizmie, który rośnie w siłę nie tylko w Polsce, ale i w wielu europejskich krajach. Dzieje się źle i nie wiem, czy można upatrywać w tym winy kryzysu, czy mamy do czynienia po prostu z przerażającą prawdą, że historia lubi się powtarzać. Już dawno przestali mnie śmieszyć -a właściwie nigdy mnie nie śmieszyli- łysi chłopcy ze swoim zakompleksionym liderem, który ubabrany tym paskudnym wąsikiem, wygląda jak młodszy brat Hitlera, niestety z bruzdą dotykową – na umyśle.

Chcę napisać o czymś innym. Wśród morza komentarzy, zarówno tych z prawa, jak i z lewa i z brunatnego szamba, pojawiają się nagle ci ludzie – zwykle młodzi i zwykle płci żeńskiej- którzy odnaleźli właśnie życiową misję bycia mediatorem w sporze, który nie tylko nie jest do rozwiązania, ale w zdrowym państwie w ogóle nie powinien był mieć miejsca. Dowiadujemy się od nich, że skrajni lewicowcy są równie źli, co skrajni prawicowcy, antyfaszyści są równie koszmarni, co faszyści, że nigdy się ze sobą nie dogadają, że nie można skrajnym zachowaniem zwalczać zła, nawet jeśli jest brunatne. Idąc tą logiką, antyterroryści są równie źli co terroryści, bo zamiast odpowiadać przemocą na przemoc, powinni zaproponować terrorystom pokojowe rozwiązanie sporu. Najlepiej w kawiarni i to przy herbatce. Krew mnie zalewa, gdy o tej naszej polskiej mizernej, opieszałej i spolegliwej lewicy pisze się, że jest skrajna, terrorystyczna i zła. Równie zła, co narodowcy hajlujący w pełnym świetle przy aprobacie władz.

Cokolwiek mają do powiedzenia domorośli mediatorzy, po rozwinięciu ich słów z kilogramów bawełny, brzmi to mniej więcej tak:

Tak, tak, my wiemy, że to wandale i naziole marzący o władowaniu ci kulki w łeb, ale jak ty śmiesz być zdenerwowany! Tak, tak, wiemy, że oni onanizują się do obozów zagłady, w których chętnie by cię zamknęli, ale jak śmiałeś napisać „wypad z mojego kraju, bandyci”? Bądźże grzeczny, kulturalny, do rany przyłóż, udowodnij, jaki cywilizowany jesteś! Kiedy naplują ci w gębę, udawaj, że to deszcz pada! Życzą ci śmierci? Rozwiąż konflikt promiennym uśmiechem. Jeśli cię pobiją, udawaj, że nic wielkiego się nie stało. Co jeśli zabiją? No trudno. Ważne, że byłeś grzeczny i pełen miłości bliźniego.

To zjawisko objawia się zresztą nie tylko w Polsce, nie tylko dziś, nie tylko odnośnie poglądów politycznych.

Zacznijmy od mizoginii. Dzień w dzień tysiące mężczyzn dopuszcza się gwałtów, tysiące morduje kobiety, miliony je molestuje – podczas gdy kolejne miliony opowiada „niewinne” żarciki o tym, dlaczego kobieta ma jeden zwój mózgu więcej od konia i dlaczego baba powinna siedzieć w kuchni. Jednak to feministki są skrajne, nienormalne, wściekłe na mężczyzn nie wiadomo o co. Bardzo ciężko pojąć, że doprowadzone na skraj wytrzymałości nie muszą wcale być miłe, nie muszą być uprzejme, nie muszą się łasić do wszystkich tych wspaniałych mężczyzn i nie muszą udawać rozbawienia kolejnym prześmiesznym żartem o Stasiu gwałcącym Zosię.

O prawa i szacunek się nie prosi, praw i szacunku się żąda.

Teraz homofobia i transfobia.

Czemu te pedały tak się obnoszą? Ja to się z niczym nie obnoszę! Czego oni jeszcze chcą, przecież mogą oddychać! Dlaczego oni nas nie lubią, czemu nam nie ufają – czyżby sami zamykali się w gettach i udowadniali, że są chorzy? Dlaczego transseksualiści ciągle jęczą, że nie lubią cisseksualnych? Jak śmią się od nich odcinać i generalizować? Jak pedały śmią mówić, że nie lubią nas, wspaniałych hetero – czyżby to była heterofobia? HA! Powinniśmy zaraz zorganizować paradę dla hetero… Właśnie! Dlaczego oni mogą mieć parady i lokale tylko dla siebie, a my nie możemy wywiesić plakietki „zakaz pedałowania”? Albo dlaczego oni mogli zrobić gejowską olimpiadę, a my, wielcy heterycy, nie możemy ich wyprosić ze swojej, biorąc wzór ze wspaniałej Rosji? Dlaczego oni mówią na siebie „pedały”, a my musimy politycznie poprawnie, że geje? No dlaczego panują takie podwójne standardy?

To samo z rasizmem.

Dlaczego te czarnuchy mogą na siebie mówić „czarnuch”, a my nie możemy? Dlaczego jak on mnie pobije to nie będzie rasizm? Dlaczego on może o mnie powiedzieć „białas”? Ha? Ha?!

Dzisiaj jestem w złym nastroju.

Jeśli ktoś nie rozumie konsekwencji, jakie niesie ze sobą długa i ponura ludzka historia, jest idiotą. Próba wymazania z ludzkiej świadomości kolonii, niewolnictwa, apartheidu i Ku Klux Klanu to jak zawracanie rzeki kijem. Jeśli nie dostrzegasz, jakie konsekwencje niesie ze sobą bycie od wieków w prześladowanej mniejszości, a jakie bycie w uprzywilejowanej większości, jesteś idiotą i niestety na twój idiotyzm nie wynaleziono jeszcze lekarstwa. Jeśli ktoś nie rozumie dlaczego gej/ lesbijka/transseksualista może się bać wielkiego, wspaniałego przedstawiciela większości, która od wieków pała nienawiścią i agresją w stosunku do gejów, lesbijek i transseksualistów, jest krótkowidzem. Oraz, tradycyjnie, idiotą. Zwłaszcza, że lęk do tej pory nie jest bezpodstawny. Usłyszałem kiedyś od ładnego i niestety głupiego chłopca, że homofobia, rasizm i antysemityzm nie istnieją. Nie znam osobiście żadnego czarnoskórego, ale kilkanaście autentycznych, współczesnych przykładów rasizmu mógłbym wymienić. Co do homofobii, mógłbym wymieniać i wymieniać do jutra albo i dłużej. Obawiam się, że próżny byłby mój trud, a odpowiedź mógłbym uzyskać np. taką:

Co? Geje mordowani, gwałceni, zamykani do więzień, dzieci i nastolatkowie zadręczani na śmierć? No dobrze, ale dlaczego w dalszym ciągu nie ma tych parad dla heteroseksualistów? Gdzie się podziała sprawiedliwość?!

Jeśli nie widzi się różnicy pomiędzy „nienawidzę tej grupy społecznej i dlatego będę ich gnębił, bił, mordował, zamykał do więzień i odbierał prawa”, a „nienawidzę [w domyśle- boję się] tej grupy społecznej, ponieważ mnie gnębi, bije, morduje, zamyka do więzień i odbiera prawa”, jest się głupcem. I tyle.

Owszem, nienawiść nie jest dobra. Generalizowanie nie jest dobre. Zamykanie się w getcie nie jest dobre. Ale jeśli przeciętny gej spotykając heteroseksualnego faceta czuje niepokój, niepewność albo nawet strach, to coś jest nie w porządku. Jeśli przeciętny gej słysząc, że ten facet nie ma nic przeciwko gejom i ich wspiera, podświadomie przestaje wierzyć, że jego rozmówca jest hetero – to raczej na pewno coś jest z naszym społeczeństwem nie w porządku. Przez lata całe pokolenia pracują na to, by zastraszyć i zgnębić mniejszości. Kiedy przychodzi wielkie „oswobodzenie”, nagle potomkowie gnębicieli, albo i sami gnębiciele, zaczynają mieć pretensje do mniejszości, że śmie być nieufna, że śmie zamykać się w swoim gronie i tworzyć miejsca, w których może poczuć się bezpiecznie, bez ciągłego stresu, że nagle przytoczy się tam typek jeden z drugim i powie „zasługujecie na kulkę w łeb, zboczeńcy”.

W starciach z internetowymi idiotami nie warto się wściekać, wyłazić ze skóry i zniżać do ich poziomu. Ale przestańcie wreszcie oczekiwać ode mnie – czy od kogokolwiek innego – że będę znajdywał w sobie niewyczerpane pokłady kultury, miłości i chęci pojednania. Nie będę. Nie mogę zapomnieć -i nie mam zamiaru nigdy o tym zapominać- że największym marzeniem tych wypranych z mózgu indywiduów jest wysłanie mnie oraz ludzi, na których mi zależy, wprost do piachu.

Teraz żądają tolerancji dla swojej nietolerancji. Prześladują i dręczą zasłaniając się bezkresną wolnością słowa i sumienia. Jeśli dziś im ją bez szemrania damy, jutro zażądają, żebyśmy zamknęli się w getcie, odeszli z ich kraju lub od razu ustawili w rzędzie pod murem. Oczywiście żądają tego już teraz, ale póki co, nikt ich jeszcze nie słucha. Niestety, ale przy tak spolegliwej postawie, jakiej się od nas wymaga, jutro możemy już nie mieć wyboru.