Archiwa kategorii: Bez kategorii

MÓJ POWRÓT

Tak to już jest, że miewam zajawki, więc zostawianie za sobą martwych blogów to moja specjalność. Taki los spotkał Genderystę. Mamy 28 października 2015 roku, a mój ostatni wpis pochodzi z 13 lutego 2014, sprawdziłem. To dwadzieścia jeden miesięcy, podczas których prowadziłem co prawda fanpejdża na fejsie, ale nie starczyło mi chęci do pisania bloga.
Czy wygrana PiSu i brak lewicy (nawet tej nieszczęsnej pseudo-lewicy) w sejmie, przyczyniły się do tego, że – po chwilowej panice- wróciły mi chęci? Tak. Wróciły mi też chęci na bardziej dojrzałą formę aktywizmu, chociaż jeszcze nie jestem pewny, co z nimi zrobię. Obawiam się, że na własne nieszczęście, aktywisty jest we mnie więcej niż jest we mnie tchórza i panikarza, bo za każdym razem, kiedy katastroficzne wizje pchają mnie do nawet bezmyślnej ucieczki, widzę, że zostawiam za sobą całe rzędy nowych Dominików z Bieżunia i nogi wrastają mi w ziemię. Bo przecież wiem, że ja jestem silniejszy od Dominików z Bieżunia i dlatego nie wolno mi uciekać. Jedno jest pewne – przesunięcie dyskursu tak bardzo na prawo wymaga zdecydowanego działania i oporu, a te nie mogą zaistnieć bez ludzi gotowych na pokazanie twarzy. Na razie chowam własną za bezmyślnie przypiętą sobie łatką Genderysty – jeszcze. Już niedługo. Coś wymyślę (a jeśli ktoś jest chętny się dołączyć do tego myślenia, to zapraszam).
Nie mam ochoty na czytanie od nowa starych notek, wiem jednak i bez tego, że młodszy ja popełnił parę grzeszków, z których teraz powinienem zostać rozliczony. Wraz z umierającym Genderystą zostawiłem za sobą kilka nigdy nie rozwiązanych spraw. Pokrótce, sprawa pierwsza: w pewnych kwestiach zmieniły mi się nieznacznie poglądy i chociaż na polskie realia dalej jestem bezbożny i skrajnie radykalny, staram się nie wpadać w ten prawdziwy radykalizm, który dzieli świat tylko na przyjaciół i wrogów – dorosłem w pewnym sensie do pluralizmu. Poza tym, bardziej polubiłem się z legendarnym riserczem, straciłem zainteresowanie tematyką oderwanej od naszych realiów, bo mamy dość własnych problemów: od miesięcy nie odwiedziłem Tumblra w celach innych niż artystyczno-pornograficzne. Z korzyścią dla siebie i dla wszystkich wokoło.
Jest też ważniejsza sprawa, gnębiąca mnie od dłuższego czasu. Nigdy i nigdzie, ani podczas krótkiej przygody z blogiem, ani podczas kolejnych dwudziestu jeden miesięcy, nie napisałem publicznie, że jestem transseksualistą. Bo jestem. Transseksualistą po niepełnej korekcie płci i gejem. Niektórzy, poznając lepiej moją psychikę, z pewnością powiedzieliby, że więcej jest we mnie z osoby niebinarnej płciowo niż z mężczyzny i chyba mieliby rację. Jestem drugim zaraz po syryjskim uchodźcy wrogiem publicznym numer jeden. No, może trzecim, bo przecież przede mną jest jeszcze trans kobieta. Dlatego często się boję i dlatego właśnie nie wolno mi się bać. Czytaj dalej

„Proszę nie dotykać dzieci. To wszystko.”

Oto przesłanie rosyjskiego wicepremiera, Dmitrija Kozaka do homoseksualnych reprezentantów Igrzysk Olimpijskich w Soczi. „Proszę nie dotykać dzieci. To wszystko.” 

Czy większość gejów to pedofile? Czy większość pedofilów to geje? Czy homoseksualizm sprzyja pedofilii? Zbyt często słyszymy takie pytania w publicznej debacie. Zbyt często pada na nie odpowiedź twierdząca. Tymczasem w XXI wieku nie powinniśmy w ogóle zestawiać ze sobą tych dwóch słów w jednym zdaniu, nie wspominając już o stawianiu pytań, które przez sporą część społeczeństwa są odbierane jako pytania retoryczne.

Wiem, że już niejeden bloger, prawdopodobnie o wiele bardziej kompetentny ode mnie, podejmował ten temat. Im jednak krzykliwsza staje się skrajna prawica tym głośniej my, jako całe środowisko LGBTQ, musimy się bronić. Minęły lata od czasów, w których homoseksualizm oficjalnie uznawano za zboczenie, minęły lata od czasów, w których homoseksualni mężczyźni chowali głowę w piasek i akceptowali w milczeniu wszelkie obelgi. I po tylu latach społeczność gejowska nadal nie jest wolna od najgroźniejszego i najobrzydliwszego mitu na swój temat. Geje gwałcą dzieci. Geje krzywdzą dzieci. Geje to pedofile. I o ile to hasło uderza tylko w homoseksualnych mężczyzn (stąd też „społeczność gejowska”), o tyle ewentualne konsekwencje tej medialnej nagonki poniesiemy wszyscy.

Bardzo łatwo jest obnażyć nieprawdziwość tego stwierdzenia, jednak powraca ono uparcie wciąż i wciąż od nowa – wypowiadane niejednokrotnie przez ludzi, którzy doskonale wiedzą, że kłamią i nadużywają swojej wysokiej pozycji, by manipulować opinią społeczną – a potem powtarzane przez tych, którzy w nich wierzą. Czasami pojawia się „dowód” w postaci Trynkiewicza, który gwałcił tylko chłopców, a teraz przyznaje się również do tego, że sypiał z mężczyznami. Nie musi być to zresztą Trynkiewicz, choć jego nazwisko prawica będzie sobie wyciągać wprost z rękawa w każdej dyskusji i machać niczym flagą. Stał się w końcu najnowszą gwiazdą niechlubnych polskich mediów (zaraz po pewnej pani z Sosnowca)

Niektóre z tych wiadomości są prawdziwe, inne sfiksowane na potrzeby „rzetelnej nauki” rodem z dobrze nam wszystkim znanego katolickiego portalu. Niekiedy dowodem jest samo słowo pedofila, któremu nikt by nie uwierzył w normalnych okolicznościach, ale tak się złożyło, że wysłał do chłopca SMS-a, że jest gejem. Bo przecież każdy pedofil mówi prawdę o swoim popędzie każdemu, a już zwłaszcza swojej niedoszłej ofierze.Tylko dlaczego żaden nagłówek nie zaczyna się nigdy od „heteroseksualny pedofil zgwałcił dziewczynkę”?

Dopóki te zarzuty będą padać w stronę środowiska LGBTQ, dopóki gej będzie synonimem dla pedofila (i vice versa), dopóty musimy się bronić i do znudzenia powtarzać, że tak nie jest. Dlaczego tak nie jest? Wyjaśnili to już mądrzejsi ode mnie, demonstrując wyniki szeregu badań naukowych z całego świata. W wielkim skrócie wynika z nich między innymi to, że pedofilia a zainteresowanie dojrzałymi osobnikami nie idzie ze sobą w parze.

„Pytać, ilu gejów jest pedofilami, to jak pytać, ilu mężczyzn zainteresowanych głównie dorosłymi jest zainteresowanych głównie dziećmi. Odpowiedź brzmi: żadni nie są.” - James Cantor, amerykański psycholog kliniczny.

Ba, jakby tego było mało, często płeć dziecka jest w ogóle sprawą drugorzędną, bo głównym bodźcem, który pobudza pedofila, jest niedojrzałość czyli brak cech atrakcyjnych dla ludzi zdrowych. Nie będę się jednak na ten temat przesadnie rozpisywał. Oto dwa linki – jeden do naukowej notki, drugi do listy ciekawych badań i ich wyników:

1. Czy większość gejów to pedofile?

2.Czy homoseksualizm sprzyja pedofilii?

Myślę, że to w pełni wyczerpuje temat domniemanej pedofilii wśród homoseksualnych mężczyzn. 

Wracając do mitu, który równie dobrze można nazwać obelgą: nie tylko upokarza i dehumanizuje, ale stwarza realne zagrożenie. To punkt zapalny i prosta droga do zgotowania mniejszościom seksualnym piekła. Rosyjski zakaz „obnoszenia się” z homoseksualizmem miał dotyczyć ochrony dzieci przed niebezpieczną propagandą, jaką środowiska LGBTQ miałyby rzekomo prowadzić wśród osób niepełnoletnich (wiecie, na przykład istnieć, kiedy w pobliżu są dzieci i nastolatki, albo być homoseksualnym nastolatkiem, o edukacji seksualnej nawet nie wspominając). Przez pewien czas wielu internautów z różnych krajów wzruszało ramionami na sytuację w Rosji, bo nowe prawo nie wydawało im się przesadnie szkodliwe: w końcu dzieci nie powinny być narażone na widok dwóch panów oddających się przyjemnościom analnym. Bo o to chodzi z tym zakazem propagandy, prawda? Nie, nie o to? Niektórzy nie widzieli problemu nawet wtedy, gdy paramilitarne grupy niby-to-zapobiegające-pedofilii, wylęgły się w Rosji w liczbie kilkuset i rozpoczęły (z pełnym przyzwoleniem społecznym, a także z cichym poparciem prawa) polowanie na nastoletnich gejów. Niektórzy pozostali obojętni nawet wtedy, gdy ci dojrzali mężczyźni, pod przykrywką walki z pedofilią, rozbierali chłopców w wieku lat 13-19 do bielizny, pisali na ich ciele obraźliwe słowa, lżyli, dręczyli, wsadzali erotyczne zabawki w ręce i całość filmowali, by następnie wypuścić nagranie do Internetu. W końcu walczyli z pedofilią. Wśród dzieci. Rozbierając, torturując i molestując dzieci. Co w tym jest niby nielogicznego?  

Każdy polityk, publicysta, ksiądz czy inna osoba publiczna, która powiela mit geja-pedofila, polewa benzyną stos, który może lada moment zapłonąć. Nie od dziś wiadomo, że najłatwiej manipulować ludźmi wzbudzając w nich poczucie zagrożenia. Jak wzbudzić poczucie zagrożenia? Wskazując na wroga, oczywiście. A kto jest największym wrogiem, jeśli nie pedofil, ten, który krzywdzi dzieci – i to w tak obrzydliwy sposób? Wielu ludzi, którzy na co dzień opowiadają się za szeroko pojętymi prawami człowieka, traci choćby cień empatii w starciu z pedofilem. Komentarze, które wówczas padają (obojętnie czy słusznie, czy też nie) jeżą włosy na głowie. Pedofil to lont zapalny do bomby skrajnego bestialstwa i agresji. Różne rzeczy dzieją się z pedofilami i ciężko o osobę, która stanęłaby w ich obronie. Dlatego kościelni hierarchowie i katoliccy dziennikarze doskonale wiedzą co robią, przypominając co chwila, że geje to pedofile. Tym to z ich strony podlejsze, że jedyne przypadki pedofilii, które nie spotykają się z agresywnym potępieniem, mają miejsce na plebanii lub w zaciszu kościelnej zakrystii. Nie chcę teraz zagłębiać się w to, ilu księży faktycznie molestuje dzieci – problem wcale nie tkwi w liczbach, a w kościelnej polityce. Gdyby jakakolwiek inna organizacja uchwaliła tajny dokument mający na celu chronić pedofilów (patrz: Crimen Sollicitationis), zostałaby rozwiązana w jednej chwili, a ci sami ludzie, którzy dziś bronią księży, pierwsi domagaliby się prawa do linczu na jej członkach. 

Porównywanie gejów do pedofilów z konkretnego powodu wzbudza we mnie lęk. Nie jest to bowiem pierwszy raz w historii, kiedy manipulacjami o rzekomej krzywdzie dzieci, podsycano nienawiść do konkretnej grupy, konkretnej mniejszości. Chyba wszyscy wiemy, o czym teraz napiszę – tak, tutaj w Polsce przez wieki oskarżano Żydów o to, że robią macę z dzieci. Mit ten był głęboko zakorzeniony w polskim społeczeństwie (założę się, że niejeden zagorzały antysemita dalej w niego wierzy), ale co najbardziej przerażające, nie umarł nawet w czasach Holocaustu. Ba, skrajny antysemityzm znalazł swoje ujście w akcie niewyobrażalnej agresji w zaledwie kilka miesięcy po zakończeniu II wojny światowej.  

Pozwolę sobie przedstawić fragment rozdziału „Pogrom kielecki” z książki „Tajemnice historii – Polska, Europa, świat” (wydawnictwa Publicat):

„3 lipca 1946 roku zaginął w Kielcach dziewięcioletni Henio Błaszczyk. Gdy tego samego dnia wrócił do domu, uradowany ojciec chciał go przywołać do porządku tradycyjnym sposobem, czyli pasem. Henio oświadczył wówczas, że był przetrzymywany w piwnicy przez jakiegoś mężczyznę, zdołał jednak uciec. Nazajutrz wskazał miejsce uwięzienia: budynek przy jednej z kieleckich ulic, Planty 7. Wskazał też porywacza, Kałamana Singera, który dziwnym trafem znalazł się przed domem, gdy chłopca prowadzono z komisariatu. Budynek bowiem zamieszkiwali Żydzi, ocalali z pożogi Holocaustu. Milicjanci przywieźli więc Singera na posterunek i tam pobili. Po Kielcach lotem błyskawicy rozeszła się wieść o porwaniu Henia przez Żydów. Padła na podatny grunt, bo przecież od co najmniej pięciuset lat polski lud wiedział swoje: że Żydzi porywali dzieci „na macę”  […] Teraz plotka przerodziła się w konkret. Do domu na Plantach wyruszyło 14 milicjantów, by wyjaśnić sprawę porwania. Wokół budynku zaczął się gromadzić tłum. O 9:30 szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa mjr Władysław Sobczyński podjął decyzję: wysłać stu żołnierzy i pięciu oficerów. Oddział wtargnął do gmachu, żołnierze stanęli na schodach i zaczęli katować wyprowadzanych Żydów. Tłum przyłączył się do oprawców: ludzie dobijali kamieniami pobitych. Wyrzucano ich z drugiego piętra, żołnierze strzelali, a niedawni jeszcze gapie masakrowali ofiary. Przewodniczący Komitetu Żydowskiego, dr Kahane, został zabity strzałem w plecy przez porucznika WP, po zapewnieniu, że zaraz wszystko się skończy!

Pogrom zaczął się rozprzestrzeniać i w innych dzielnicach miasta, gdy dołączyli robotnicy Huty ”Ludwików”, uzbrojeni w żelazne narzędzia. Dopiero sprowadzenie wojska z Warszawy, około 17, powstrzymało oprawców.

Cztery dni później odbył się pogrzeb 40 zamordowanych Żydów. Wzięło w nim udział około 10 000 Polaków. Dwie kolejne ofiary zmarły niebawem z powodu odniesionych ciężkich ran. […]

Okazało się bowiem, że dom przy Plantach 7 nie ma piwnicy, w której mały Błaszczyk rzekomo był więziony. A Henio niebawem wyznał, że całą historię zmyślił, by uniknąć lania; skorzystał z sugestii przyjaciela rodziny, że to Żydzi go porwali.”

Dlatego czuję ogarniającą mnie bezsilną wściekłość za każdym razem, gdy ktoś (ktokolwiek by to nie był – polityk, czy dzieciak na internetowym forum) łączy pedofilię z homoseksualnością, by przekazywać oszczerstwo dalej i jeszcze głębiej zakorzeniać je w ludzkiej świadomości. To kłamstwo, podłe kłamstwo, ma służyć konkretnym celom w wojnie ideologicznej, w jakiej się obecnie w Polsce znajdujemy i która chyba już na dobre przysłoniła sens walki o prawa człowieka. Ciężko czasem powiedzieć, którzy medialni prawicowcy utonęli w odmętach paranoi i fanatyzmu, a którzy świadomie manipulują tłumem. Jedno jest pewne- sukcesywne oskarżanie konkretnej grupy o to, że stanowi zagrożenie dla tych naszych niewinnych, polskich dzieci, jest prostą drogą do linczu. Stąpamy po polu minowym. To nic, że tak wiele z tych niewinnych, polskich dzieci chodzi głodnych, brudnych, pobitych. Ważne, że geje to pedofile, którzy mogą je skrzywdzić gwałcąc i seksualizując, ubierając w sukienki i nauczając w przedszkolach wraz z feministkami technik zakładania prezerwatyw i masturbacji na instruktażowym bananie…

Kobiety są z Marsa, a mężczyźni z Wenus, ja jednak wolałbym pozostać na planecie Ziemia…

Odkąd małżeństwa homoseksualne stały się legalne w kilkunastu stanach USA i kilku innych krajach, nagle okazuje się, że geje i lesbijki są w swoich związkach szczęśliwsi niż pary heteroseksualne. Przynajmniej tak wykazują badania prowadzone od 10 lat w uniwersytecie stanowym San Diego.

– Związki gejowskie okazują się bardziej partnerskie, po części zapewne dlatego, że nie w nich ma klasycznego podziału ról wynikającego z płci – mówi prof. Esther Rothblum, autorka badań. I dodaje: – Męskie pary homoseksualne rzadziej się kłócą i są… szczęśliwsze. Tworzą bardziej intymny i zażyły związek. Ponieważ geje często nie mają poparcia ze strony rodziny [częściej niż lesbijki], dbają o bogate grono przyjaciół, od których otrzymują potrzebne im wsparcie. Geje częściej też deklarują, że mogą zwierzyć się swojemu partnerowi i mu zaufać, są bardzo zaangażowani uczuciowo w swój związek i bardziej zadowoleni z życia seksualnego. Kobiety z kolei twierdzą, że jest im się ze sobą łatwiej dogadać niż z mężczyzną.- Jeśli mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus, to niewątpliwie parom homoseksualnym pomaga fakt, że dwóch Marsjan lub dwie Wenusjanki negocjują ze sobą w przypadku konfliktu – tłumaczy prof. Rothblum.

Niektórzy zrzucą wyniki tych badań na wpływ wszechmocnego homolobby, inni przyznają profesorowi rację bez szemrania. Fakt, brzmi to logicznie.

Ja sam mam jednak kilka zastrzeżeń. Nie ma nic bardziej bzdurnego jak wysyłanie kobiet na Wenus, a mężczyzn na Marsa. Nie wiem jak inni, ale ja wolałbym jednak pozostać Ziemianinem. Do rzymskiego boga wojny też mi zresztą daleko, a już tym bardziej nie mam nic wspólnego z jakąkolwiek boginią miłości. Świat nie jest binarny. Kim właściwie jestem w czarno-białej rzeczywistości? Zgaduję, że błędem systemu.

To nie różnice pomiędzy mężczyzną a kobietą są kluczem do odpowiedzi na pytanie dlaczego dwóch mężczyzn miałoby być ze sobą szczęśliwszych, niż para heteroseksualna. Kluczem są skutki, jakie te oczywiste różnice ze sobą niosą. Ludzkość przez wieki stworzyła wiele mitów i stereotypów, które doprowadziły do bezzasadnych uprzedzeń i uniemożliwiają pełne zrozumienie. Traci na tym szacunek do partnera. Niełatwo wyjść poza sztywne ramy narzucane przez społeczeństwo, ale warto. Różnice pomiędzy płciami tylko dopełniałyby związek, nie zaś mu szkodziły, gdyby kobiety i mężczyźni nie oceniali swych działań zbyt powierzchownie, kierując się tym, co ich do tej pory nauczono. „Nietradycyjne” pary homoseksualne są wolne od jakże tradycyjnych wyobrażeń na temat płci, są wolne od uciążliwego wzorca, w którym jedna strona koniecznie musi nosić przysłowiowe spodnie. Mogą budować swoje relacje od zera, bez bagażu wzorców, które wlewa się dziecku do głowy od najmłodszych lat. Są przecież żywym dowodem na to, że cokolwiek nauczono ich o mężczyznach i kobietach, niekoniecznie musi być to prawdą.

Może to zaskakujące, ale homoseksualne pary wcale nie muszą się świetnie rozumieć. Jeśli przyjmiemy, że męskość to synonim odwagi, zdecydowania, chęci dominacji i siły, a kobiecość to uległość, empatia i wrażliwość, od razu widzimy, że cechy te niekoniecznie idą w parze z naszymi genitaliami. Płeć mózgu nie wiąże się z płcią biologiczną i z tożsamością płciową. Nie ma nic wspólnego nawet z orientacją psychoseksualną. Sprawy przez to znacznie się komplikują, i wbrew tego, co mówi profesor o dwóch Wenusjankach lub dwóch Marsjanach, możemy uzyskać homoseksualny związek funkcjonujący na heteronormatywnym wzorcu jednostki kobiecej i jednostki męskiej, ale także związki dwóch męskich (dwóch kobiecych) lub takich, których mózg utkwił w połowie drogi od kobiecości do męskości – na znamiennym punkcie „androgynia”. Te same kombinacje zresztą otrzymamy w każdym heteroseksualnym związku, z tym, że w dużej mierze zagłusza je płeć biologiczna (a także wymagania stawiane partnerowi ze względu na jego płeć), uznawana powszechnie za najważniejszy wyznacznik charakteru człowieka.

Uniknijmy jednak utonięcia w oceanie wszystkich tych zawiłości genderowych. Jest jeszcze jedna rzecz, która moim zdaniem odróżnia związki heteroseksualne od związków jednopłciowych. Tytuł cytowanego przeze mnie artykułu hucznie ogłasza, że Pary homoseksualne są szczęśliwsze niż tradycyjne małżeństwa. Może dlatego, że za słowem „tradycyjne” często ukrywają się naciski ze strony rodziny, presja społeczna, przeświadczenie, że „tak trzeba”, wpadka z ciążą, przyzwyczajenie, robienie czegoś „dla dobra dzieci”, strach przed samotnością, nieumiejętność wyobrażenia sobie innej drogi życiowej itd. itp. …

… ale niekoniecznie szczera miłość?

W przypadku związków niehetoreseksualnych presja działa w przeciwnym kierunku. Jest to trudna miłość, którą codziennie poddaje się ocenie, kwestionuje i niestety zwalcza. Pary homoseksualne bombarduje zewsząd homofobia. Wysłuchują obelg na swój temat od obcych, od znajomych, od rodziny, z mediów. Płyną pod prąd przez całe swoje życie. Żadna heteroseksualna para nie doświadczyła ani raz tego, czego doświadcza każda para homoseksualna, niekiedy kilkanaście razy na dzień. Czy jakieś heteroseksualne małżeństwo miało kiedykolwiek przyjemność oglądać wieczorem telewizję i usłyszeć z ust uśmiechniętej dziennikarki, że nie powinno żyć razem, bo obraża tym miliony nieznajomych osób?

Jeśli nie jesteś w pełni przekonany co do swojej miłości, nie wystawisz się z jej powodu na całkiem realne zagrożenia i życie w ciągłym strachu [a przynajmniej życie, w którym na każdym rogu czeka na ciebie mniejsza lub większa dyskryminacja]. Podejrzewam, że gdyby zamienić się rolami, 80 procent (jeśli nie więcej) zawieranych obecnie małżeństw heteroseksualnych nigdy by nie powstało. Ba, pewnie spora część zakończyłaby się tam, gdzie się zaczęła – na jednorazowej przygodzie, której finałem stała się nieszczęśliwa ciąża. Suknia z welonem, huczne wesele i wspólne życie aż do śmierci to dla niektórych oczywista oczywistość, której nie mieliby odwagi kwestionować. Wystarczyła większa tolerancja dla wolnych związków, samotnych matek i wiecznych singli, by rozprawić się raz na dobre z mitem „trwałości heteroseksualnych małżeństw”. Liczba zawieranych małżeństw spadła znacząco w wysoko cywilizowanych krajach. Rośnie również z roku na rok liczba rozwodów. Pomyślmy teraz, co by się stało, gdyby tym ludziom groziły w najlepszym razie niechęć i ostracyzm społeczny, a w najgorszym – kara śmierci lub dożywotniego więzienia?

Świat zmusza gejów, by ciągle kwestionowali swoje uczucia, a nawet swoje istnienie, heteroseksualistom odradza natomiast kwestionowanie czegokolwiek. Nie jestem przeciwny instytucji małżeństwa, widziałem jednak zbyt wiele małżeństw, w których małżonkowie nie potrafiliby nawet odpowiedzieć, po co są jeszcze razem. Nie chodziłem nawet do przedszkola, gdy moi rodzice mieli już osobne sypialnie. Do tej pory jednak jedzą wspólne niedzielne obiadki. Czasem mam ochotę złapać się za głowę i zawołać, patrząc, jak sprzedają sobie drobne złośliwostki: Litości! Po co to wszystko? No po co?!

Odpowiedzi się jednak nie doczekam.

„Jeśli mężczyzna znajdzie młodą kobietę, – dziewicę niezaślubioną – pochwyci ją i śpi z nią, a znajdą ich, odda ten mężczyzna, który z nią spał, ojcu młodej kobiety pięćdziesiąt syklów srebra i zostanie ona jego żoną. Za to, że jej gwałt zadał, nie będzie jej mógł porzucić przez całe życie”

Muszę być strasznym zboczeńcem albo strasznym hipisem, skoro nie mam nic przeciwko poligamii i poliamorii. Dlaczego ktoś miałby mieć coś przeciwko? Już z samej definicji wynika, że wszystkie zaangażowane osoby są świadome i w pełni zadowolone z takiego układu. Warto też dodać, że są pełnoletnie i nagle wychodzi na to, że poliamoryści mają do spełnienia dokładnie takie same punkty, jakie powinien spełnić każdy inny [monogamiczny] związek ludzi pozostających ze sobą w erotycznych relacjach.

Dlaczego nie umiem choć trochę demonizować ani poliamorii, ani poligamii? Już wyjaśniam. Po pierwsze, w przeciwieństwie do dziewięćdziesięciu procent populacji, nie czuję żadnej „misji” bycia rycerzem stojącym na straży sztywnej moralności. Po drugie, obecny model rodziny wcale nie istniał od zarania dziejów, a nawet obecnie nie występuje we wszystkich kulturach. Nie warto się też oszukiwać. Mimo idealizowaniu miłości, białej sukni z welonem, wesela z przytupem na trzystu gości, z których każdy przyniesie pozłacaną kopertę skrywającą gruby plik banknotów, większość ludzi będzie w swoim życiu miała więcej niż tylko jednego partnera seksualnego. Nawet jeśli wierność partnerowi przychodziłaby im bez trudu, a z tym, jak wiadomo, wcale tak cukierkowo nie jest. Często czytuje się w kobiecych lub męskich magazynach związkowych te „zatrważające” statystyki, ile to procent populacji zdradza partnera, że mężczyźni zdradzają częściej, że to i tamto.

Związki kilkorga osób nie mają nic wspólnego z niewiernością. Wręcz przeciwnie, można je w niektórych przypadkach potraktować jako lek na niewierność. Niemoralność objawia się w zdradzie, która wiąże się z kłamstwem i krzywdą, a nie w związkach polimaorycznych, czy w związkach otwartych, z których otwartości mogą sprawiedliwie korzystać obie strony. Nie mnie oceniać i wyrokować, czy można kochać więcej niż jednego człowieka naraz i czy trzeba wówczas wybierać. Nie mnie oceniać, czy można kochać tylko jednego człowieka, ale równocześnie pozostawać w seksualnych relacjach z wieloma innymi. Nie będę zgadywać, czy da się przy tym wcale nie odczuwać zazdrości. Przypuszczam, że skoro takie związki funkcjonują i mają się dobrze- da się. Każdy człowiek jest inny i ma inne potrzeby. Każdy ma też inną definicję zdrady. Dla jednego zdradą jest już samotna masturbacja, dla innego będzie nią dopiero wybieranie kochanka nie obok, a ZAMIAST stałego partnera.

Nie uważam takich związków ani za obrzydliwe, ani za odrażające, a nawet gdyby tak było, nic mi do tego. [Muszę się w tym miejscu uczciwie przyznać, że podstarzali heteroseksualni swingersi napawają mnie zgrozą, jak zresztą wszystkie udokumentowane seksy heteroseksualnych małżeństw]. Nie potrafię się oburzać na wiele rzeczy, bo natura nie obdarowała mnie, o zgrozo, tym fetyszem, na który cierpią głównie konserwatyści. Nie zaglądam ludziom do sypialni, nie kręcą mnie ani te prawdziwe, ani wyimaginowane peep showy.

Przede wszystkim, ani poliamoria, ani poligamia nie jest zjawiskiem nowym. Nie powinna szokować obecnie, gdy wraz z rewolucją seksualną definicja rodziny zmienia się i kształtuje na nowo, a wraz z rozwojem psychologii, psychiatrii i seksuologii, ludzkość dowiaduje się coraz więcej – często niewygodnych- prawd o swojej naturze. Jeszcze nie tak dawno z powodu samotnych matek wybuchały koszmarne skandale. Mimo że dalej jest im ciężko, zjawisko spowszechniało i nie wywołuje wielkich emocji. Podobnie zmienia się podejście do par pozostających bez ślubu i, mam nadzieję, maleje nieufność w stosunku do samotnych ojców. W wielu krajach spowszechniały już przecież związki jednopłciowe. Rozumienie rodziny ewoluuje i powoli dojrzewa, by wreszcie skupić się na treści, nie formie. Treścią rodziny są ludzie, którzy się kochają – nie tylko w celach prokreacyjnych, nie tylko po ślubie, nie tylko jako mama i tata.

Nie tak dawno media zelektryzowała wiadomość, że w Brazylii mężczyzna zawarł związek małżeński z dwoma kobietami. Wszyscy dostali małpiego rozumu zapominając o mnogości kultur rozrzuconych po całym świecie, na które chrześcijaństwo nie wywarło tak silnego wpływu jak na nas, w tym o osławionej latynoskiej „rozwiązłości”. Po drugie, mam nadzieję, że w tłumie oburzonych nie było żadnych rozwodników, mężów zdradzających żony, żon zdradzających mężów, singli umawiających się co wieczór na inną randkę, małolatów zaliczających „towary” na dyskotece. Szczerze mówiąc, lincz i hipokryzja to jedyne, co ludzkości od wieków dobrze wychodzi.

Co do wpływu chrześcijaństwa… Ludzie, którzy – głównie w walce z homoseksualizmem- lubią sięgać po biblijny oręż i powoływać się na wartości rodem ze Starego Testamentu, niewiele czytali Biblii i znają tylko te fragmenty, które rok rocznie czyta ksiądz w kościele. Ja czytałem Biblię. Szczerze mówiąc nie całą, ale myślę, że przeczytałem najmniej połowę Starego Testamentu i cały Nowy. Sięgałem do niej, jednak nie jako do świętej księgi, a skrajnie okrutnej, ale i ciekawej, lektury.

Biblia

Podsumowując, być może przedefiniowanie definicji małżeństwa na więcej niż dwie osoby kosztowałoby sporo zachodu, i wcale nie jestem pewny, czy to taki dobry pomysł. Jestem jednak przekonany, że państwo powinno móc zapewnić kilkorgu bliskich sobie ludzi prawa takie, jakie posiadają względem siebie bliscy członkowie rodziny. Bez zaglądania obywatelom do łóżek, bez zakładania, że tylko [monogamicznym] partnerom seksualnym należy się status rodziny.

Tymczasem w łódzkim akademiku wymagana jest zgoda rodziców i pisemna deklaracja uczuć do osoby płci przeciwnej, z którą chce się zamieszkać. Najwyraźniej nie da się w katolickim kraju mieszkać z przyjacielem lub przyjaciółką, nie władować mu się na chama do łóżka i nie zaciążyć. Wiwat, Wielka Polsko.