Archiwa kategorii: Bez kategorii

Polacy chcą być Chrystusem narodów. Wszyscy. LGBT też.

Okazało się, że jesteśmy prawie ostatni w Unii Europejskiej. A to ci nowina. No i teraz na fejsie pod smutnymi wiadomościami o sytuacji LGBT w Polsce atakują mnie same smutne buźki i zrezygnowany ton, bo ech i ach, bo to już taki kraj, bo na nic dobrego nie możemy liczyć, bo może za 100 lat albo nawet 300. Pod wszelkimi inicjatywami LGBT z kolei same narzekania. Widzę to nie od dziś, ale dziś przyszło mi do głowy, żeby dać upust frustracji, a gdzie najlepiej to zrobić? no oczywiście, że na blogu (o ile ten dogorywający wrak, którym stał się Genderysta, jeszcze wpisuje się w taką kategorię).
(to wy, ludzie od smutnych buziek na fejsie, ale trochę też ja w tej notce)

Nie przeczę, przez wiele ciężkich do przetrawienia czynników miałem w swoim życiu dość długi epizod chronicznej bierności i zniechęcenia. Z natury jestem raczej człowiekiem, który prędzej zrobi coś pod wpływem impulsu bezmyślnie, niż nie zrobi wcale. Depresja zmieniła mój charakter doszczętnie na kilka lat, dlatego wiem, że w takim stanie można tkwić i tkwić i czasem ciężko mu zaradzić albo nawet się nie da. Ale żeby od razu cały naród? No chyba nie. To nie narodowa depresja, to narodowy fetysz.

Osobiście wyznaję (i staram się stosować) zasadę, że jeśli coś jest nie takie, jakie powinno być, należy to zmienić. Dlatego denerwuje mnie jak łatwo Polacy godzą się z niezbyt fajnym losem. Miałem to na co dzień w domu. Bierność to, jak się zdaje, domena wszystkich w tym kraju. Główna, zaraz obok pesymizmu, cecha narodowa – w dodatku kolejna, którą nie da się pochwalić. Mamy więc naród-bierną masę – rzekomo apolityczną, aspołeczną, a-aktywistyczną (tylko rzekomo, bo jak wiadomo nie od dziś, milczenie dobrych ludzi jest w praktyce przyzwoleniem na działania tych mniej dobrych). I od tej właśnie masy dostaje się po łbie wszelkiego rodzaju działaczom i aktywistom. Dostaje się bez przerwy, że albo coś robią źle, albo niedostatecznie dobrze, albo w ogóle bez sensu, że robią, bo przecież i tak będzie tylko gorzej. Mamy cały naród specjalistów, którzy wszystko zrobiliby lepiej- pozostaje tylko pytanie, dlaczego tego nie robią? Aha, zapomniałem, że przecież w tym kraju nigdy nic się nie zmieniło i nigdy się nie zmieni, więc nie warto w ogóle próbować. Trochę podobnie jest zresztą z wyborami, bo przecież bez sensu iść na wybory, skoro i tak „ci źli” wygrają… co mówi od lat ponad połowa obywateli, nieprzerwanie robiąc dziwkę z logiki.

Z całym szacunkiem, ale jeśli samemu nie starcza ci energii nawet na to, żeby w minimalny sposób skorzystać z własnych praw obywatelskich, to chociaż pozwól w spokoju działać innym. Być może wszelkie działania na rzecz LGBT są w tym kraju syzyfową pracą, albo na taką wyglądają. Nie oznacza to, że powinny w tym momencie ustać, że wszyscy powinniśmy skapitulować, podejść pod mury „bastionu normalności”, rozwinąć białą flagę i zawołać do smutnych chłopców: „Wygraliście! powiedzcie nam teraz, którędy do gazu?”

(nie wiem jak was, ale mnie właśnie przekonali)
Faktem jest, że wszelkie inicjatywy wydają się jakby bardziej skazane na porażkę, kiedy muszą nie tylko rozbijać się o arogancję „elity rządzącej”, ale i o mur narzekań ze strony własnego środowiska.
Środowisko ignoruje też z uporem, że na niektórych płaszczyznach coś się powoli zmienia na lepsze. Są to oczywiście małe kroczki, może nieodczuwalne- ale zawsze jakieś. Nawet jeśli nie zmienia się za bardzo, to może wypadałoby chociaż docenić, że są ludzie, którzy poświęcają całą swoją energię i czas na to, żeby przynajmniej wszystko z dnia na dzień ostatecznie się nie posypało. Jest tak, jakby polskie LGBT czekało z wytęsknieniem na ten dzień, w którym będziemy tu mieć drugą Rosję albo i gorzej – bo wtedy będzie w końcu można wygodnie siąść na dupie i narzekać do woli… oczywiście w domu po kryjomu, bo publicznie nie będzie już wolno, o czym, jak się zdaje, nikt już jakoś nie myśli. W końcu ważne, żeby było źle – to wręcz idealna sytuacja dla nieodrodnych przedstawicieli narodu, który od x lat masturbuje się tylko i wyłącznie własnym męczeństwem!
Wydaje mi się tak za każdym razem, kiedy słyszę kolejny głos, że zanim się we wczesnych latach dwutysięcznych aktywiści nie zaczęli obnosić, to było tak super, bo był święty spokój, żyło się po cichu, a teraz to trzeba znosić sąsiadki, które pytają „ale panie, naprawdę panu przeszkadza, że się pan nie może z chłopakiem trzymać za ręce? bo tak Biedroń w tefałenie naopowiadał, no głupek jeden” i w ogóle straszne jest teraz cierpienie i prawdziwe prześladowania, bo trudniej  jest być poważanym obywatelem katolickiego kraju a w domowych pieleszach tym obrzydliwym pedałem.
No, bardzo mi przykro… Wcale.
* (tak na marginesie najlepsi są ci od „przez Legierskiego mamy w Polsce dyktaturę!11!1!” – 1. czy aby lekko nie przeceniacie możliwości Legierskiego w manipulowaniu tłumem 2. i równocześnie jakby lekko nie doceniacie miażdżących statystyk, pokazujących, że Polacy zwyczajnie nie chodzą na wybory?)

Skrzynka jabłek.

Co odpowiadają polscy wierni kardynałowi, który prosi, by nie stawiać znaku równości między uchodźcą a terrorystą? „goń się klecho” (dosłownie, cytuję komentarz z fb).

Ponadto:
„Jeśli w koszu mamy tylko co 20 jabłko zatrute, ale wszystkie wyglądają tak samo, to wyrzucamy wszystkie jabłka, proste.”
Co mi ta wypowiedź przypomina? Cejrowskiego, który homoseksualistę porównał do zepsutego jabłka, od którego zgniją w skrzynce wszystkie pozostałe.
Myślę, że polscy duchowni (oczywiście ta część z nich, która mimo wszelkich wad, nie brata się z nacjonalistami) zrozumieli, do czego doprowadziła polityka szczucia obcymi – i że jeśli coś się stanie, jakieś nowe Jedwabne, to polski Kościół będzie miał krew na rękach, jako instytucja, która do polityki ksenofobii i strachu dołożyła swoją cegiełkę… a raczej przez całe lata dołożyła stos wielkich cegieł.

Ludzie to nie jabłka. Ale na tą dyskusję zdaje się jest już w tym kraju za późno.

„Białostocka Prokuratura sprawdzi, która cukiernia wykonała tort ze swastyką”, czyli dziwny kryzys cukierniczy w naszym kraju.

Polska, rok 2016 i chyba można już pisać o (neo)nazizmie bez ryzyka natknięcia się na internetowych „śmieszków” skutecznie ucinających dyskusję prawem Godwina.
Przywykłem już do tego, że poranna internetowa prasówka jeży mi włos na głowie, a wy? Wszystkie organizacje monitorujące zachowania rasistowskie mają coraz więcej pracy i wcale nie jest mi do śmiechu, choć równocześnie to, co się dzieje (np. ostatnio w branży cukierniczej), może budzić uśmiech politowania i zażenowania.
mały
Jeszcze 3 lata temu słyszało się czasem (to i tak o „czasem” za często) o skandalicznych zachowaniach marginesu społecznego. Potem tęcza zaczęła płonąć – spłonęła 7 razy. Odpowiadaliśmy wtedy hasłem „wszystkich nas nie spalicie” – i to hasło także jeżyło mi włos na głowie. Czy słusznie? Słusznie. Niedawno we Wrocławiu spłonął Żyd spłonęła kukła Żyda. W Płocku ONR, po raz pierwszy od 1934, wszedł do pewnego liceum i werbował młodzież za zgodą dyrektorki – i niemal udało im się to zrobić niespostrzeżenie (njus wypłynął do gazet z kilkudniowym opóźnieniem). Zdjęcia łysych brunatnych gówniarzy ze znakiem krzyża celtyckiego i falangą zostają powoli wypierane przez zdjęcia łysych brunatnych gówniarzy (i nie tylko gówniarzy) z autentyczną swastyką w kolorycie dobrze wszystkim znanym (hinduski symbol szczęścia, orzekłaby zapewne białostocka prokuratura – ostatnio znalazł się na torcie).
I tak sobie myślę w kontekście tego, co się dzieje i co się zaczynało dziać już kilka lat temu, ignorowane skutecznie przez większość Polaków (wtedy obcokrajowcy jeszcze nie wierzyli w pozorny absurd, że Słowianie a już zwłaszcza Polacy, mogą być nazistami) – że największym błędem jest łączenie nazizmu na zawsze z Niemcami. Forsuje się bezrefleksyjne przekonanie, że Niemcy są źli, albo – w wersji mniej ksenofobicznej- że Niemcy byli wtedy, w latach 30 i 40 XX wieku, źli. Dla wielu to najważniejsza lekcja, jaką wyciągnęli z III Rzeszy i II wojny światowej – a jeśli ktoś próbuje ich tezę obalić, oskarżany jest o chęć zafałszowania historii i uniewinnienia niemieckich nazistów.
Tendencje ogółu do uproszczeń i niechęć do szukania głębszych przyczyn, są bardzo wygodne i niestety, mszczą się latami.
Oczywiście, że każdy znający historię choćby w nikłym stopniu (nie mówimy tu o fali dzieciaków, którym się obecnie wydaje, że znają historię po obejrzeniu „Historii Roja” lub zjedzeniu małego marcepanowego powstańca ze szczytu patriotycznego tortu), jest w stanie wymienić kilka przyczyn, które sprawiły, że to akurat w Niemczech w ubiegłym wieku do głosu doszła tak niszczycielska, antyludzka ideologia. Szkoda, że wykucie na pamięć przyczyn i skutków na sprawdzian z historii nie prowadzi niemal nikogo do dalszych refleksji – refleksje nie są przecież mile widziane na maturze.
To, zdaje się, problem na skalę światową. Humaniści niemieccy wielokrotnie podejmowali próbę odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”, obarczeni niejako poczuciem zbiorczej odpowiedzialności. Inne narodowości, a już na pewno nie Polacy, nie zadają sobie tego pytania w ogóle – przez co niemożliwe jest wyciągnięcie z historii smutnej lekcji, że każde społeczeństwo, oczywiście pod wpływem pewnych czynników, a dodatkowo umiejętnie sterowane, jest zdolne do radykalnego zwrotu ku totalitaryzmowi i zaakceptowania antyludzkiej ideologii. 
W Polsce rośnie w siłę dziwna subkultura śmierci, sięgająca do gotowego systemu wartości, opartego rzekomo na trzech filarach (Bóg, Honor, Ojczyzna). Jest to subkultura fanatyków, którym wydaje się, że są patriotami, a rozrosła się obecnie tak bardzo, że umożliwia prawdziwym neonazistom wystawianie łba z nory, w której dotąd siedzieli względnie cicho, występując czasem incognito pod znakiem falangi. Objawia się w tych wszystkich „fanach” żołnierzy wyklętych źle pojęty, destrukcyjny „patriotyzm”. Straszno się robi na myśl, że heilujące na grobach AKowców dzieciaki robią to w dobrej wierze.
Wszystkie te niby szlachetne pobudki wyrosłe z biedy (zarówno w sensie ekonomicznym jak i umysłowym), poczucia beznadziei i frustracji, która „bezpańskiej” młodzieży z wielkich blokowisk każe szukać wszędzie wrogów*, zostają cynicznie wykorzystywane – zarówno przez kapitalistyczny rynek zalewający nas absurdalnymi i właściwie świętokradczymi gadżetami z symboliką Polski Walczącej, jak i przez radykalnych (i nie tylko radykalnych!) polityków.
W tych wyborach bardzo dobrze sprzedającym się hasłem wyborczym, niestety nie tylko u radykalnej prawicy, było „Stop imigrantom” czy nawet „Stop uchodźcom” – a przesunięcie równowagi tak daleko na prawo, pozwoliło wiadomym grupom na bezczelne rozwieszanie plakatów będących wiernymi zżynkami z plakatów zalewających Niemcy ponad 80 lat temu.
Fakt, że nawet kościelni hierarchowie, przy całej swojej skostniałej, patriarchalnej, właściwie feudalnej, budowanej na ksenofobii wizji świata, coraz częściej zabierają głos, potępiając nacjonalistyczne postawy, zamiast cieszyć, martwi jeszcze bardziej – sytuacja jest już na tyle poważna, by Kościół czuł się w obowiązku interweniować.
Komuś zależy na podsycaniu ognia, który dostatecznie długo i umiejętnie podsycany, nie zadowoli się kukłą Żyda, tak jak nie zadowolił się Tęczą na Placu Zbawiciela. Krok za krokiem idziemy dalej w tym szaleństwie, a od ostatnich wyborów jakoś wyraźniej szybciej – a przecież i tak jesteśmy od dawna na równi pochyłej. .
*i tutaj nie ma lepszego prezentu dla brunatnych, niż „wróg”, który wygnany bombami z własnego domu, puka z konieczności do naszych drzwi

.

Dzisiaj krótko. Ten wątek przewija się u mnie na fanpejdżu odkąd pojawił się na nim temat uchodźców syryjskich. Oskarżany jestem o niewiedzę i uświadamiany jestem miłosiernie, że ISIS morduje gejów. Nikt z oskarżających nie był u mnie na fanpejdżu na tyle długo, żeby zobaczyć, że szerowałem artykuły o egzekucjach ISIS.

Dzisiaj Internet znów będzie pełen prawicowych rzygowin, bo nasi rodacy z chęcią żerują na tragedii ludzkiej i zdecydowanie potępiają tych ekstremistów, którzy od słów przeszli już do czynów. W ramach potępienia państwa religijnego terroru, będą wzywali do linczu na ofiarach tegoż państwa. Trudno nie odnieść wrażenia, że nie podoba im się tylko imię Allaha, a co do reszty znakomicie dogadaliby się z tymi, których tak mocno nienawidzą. Ale kogo to obchodzi?

Zbędne są dyskusje z ludźmi, którzy mają klapki na oczach i chcą je mieć. Nie przyjmą do wiadomości, że lincz na niewinnych nie jest rozwiązaniem żadnego problemu. Okazuje się na przykład, że rozpisanie ciągu przyczynowo-skutkowego, który doprowadził Francję do obecnej sytuacji, jest obroną terroryzmu islamskiego. Dociekanie przyczyn niszczy przecież wizję czarno-białego świata. Zmusza za bardzo do myślenia i ciężej będzie nam bić tych, którzy z zamachami nie mają nic wspólnego.

Jeśli czujesz się moralnie lepszy od muzułmanów, bo przeczytałeś, że ISIS zrzuca gejów z dachów wysokich budynków  – nie masz nawet pojęcia jak bardzo się tobą brzydzę. Od czasu, gdy morze zaczęło wyrzucać na europejskie plaże uciekających przed wojną ludzi, doświadczyliśmy w Polsce wysypu Polaczków szczerze zatroskanych o losy biednych gejów (tak jak i o losy gwałconych kobiet). Wydaje im się, że są sprytni. Prawdopodobnie widzą w sobie bohaterską husarię. Nie miejcie jednak złudzeń- prędzej stanęliby ramię w ramię z oprawcami, niż przeciwko nim.
Powiem wprost, żeby była jasność- ja nie bronię islamu. Islam, jak każda inna religia, świetnie obroni się sam. Ale nie obroni ludzi, którzy urodzili się w złym miejscu i w złym czasie. Ludzi, z których część wyznaje islam, a część chrześcijaństwo. Ich religijność nie ma wielkiego znaczenia w momencie, w którym chce się na nich przeprowadzić pogrom.

rights
Polacy chyba lubią pogromy. Przed chwilą włoscy FASZYŚCI, oficjalni faszyści, nie zwykli stadionowi chłopcy, zostali zaproszeni do polskiego sejmu. Weszli tam ze swoją brunatną ideologią. Nikt ich nie wyprosił. Nikogo to nie obeszło. Uświadomcie to sobie.

~

Najpierw przyszli po komunistów,
ale się nie odezwałem,
bo nie byłem komunistą.

Potem przyszli po socjaldemokratów
i nie odezwałem się,
bo nie byłem socjaldemokratą.

Potem przyszli po związkowców,
i znów nie protestowałem,
bo nie należałem do związków zawodowych.

Potem przyszła kolej na Żydów,
i znowu nie protestowałem,
bo nie byłem Żydem.

Wreszcie przyszli po mnie,
i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.

_

Martin Niemöller – niemiecki pastor, działacz antyhitlerowski

 

Chwała i niechwała, czyli krzyżowanie cioty

Jestem z Piotrem 12 lat, od 10 mieszkamy razem, nie wiem, jak musiałbym zachachmęcić, żeby nie było go w moim dzienniku. To by wymagało wygumkowania sporej części życia. Nie widzę takiej potrzeby, nie żyjemy w Rosji. Zresztą jestem ujawniony od lat, nigdy nie robiłem z tego tajemnicy – poza może samym początkiem, kiedy zależało mi, żeby po debiutanckim tomie krytycy nie zaszufladkowali mnie jako poety gejowskiego, którym nie jestem. Opuściłem tylko bardzo osobiste sprawy, bo takie rzeczy publikuje się 50 lat po śmierci.

- mówi Newsweekowi pan Dehnel. Z oczywistych względów nie mógł odpowiedzieć, że po prostu nie ukrywa się osoby, którą się kocha i która jest wielką częścią twojego życia. Z oczywistych, bo przecież prosta odpowiedź nie dałaby mu okazji do kolejnej autopromocji.

Kiedy poprzednim razem czytałem publikowany przez „Replikę” wywiad z Jackiem Dehnelem, wyraził on przekonanie, że Warszawa jest obyczajowo tak odległa od reszty Polski, że wraz z partnerem nie doświadczają typowo polskiej homofobii, w przeciwieństwie do – tutaj będę nieco zgryźliwy- biednych gejów z Polski B, która jest prawdopodobnie wszędzie tam, gdzie nie ma Warszawy. I tutaj dwie rzeczy – po pierwsze pan Dehnel żyje w mydlanej bańce własnego sukcesu i nie widzi, że jego status ekonomiczno-społeczny gra większą rolę od miejsca zamieszkania. Po drugie, nawet na swojej uprzywilejowanej pozycji, pan Dehnel nie stara się przekroczyć „normy”, którą gejowi wyznaczyło homofobiczne społeczeństwo, bo pozwala sobie co najwyżej na bezpieczną „ekstrawagancję” pokazania się ze swoim partnerem publicznie lub napisania o nim w swoim Dzienniku, co dodatkowo tłumaczy tak, jakby głównym powodem ujawnienia się była trudność z wygumkowaniem sporej części życia. W tej samej Warszawie, która w jego mniemaniu jest europejską stolicą, idący za rękę mężczyźni słyszeli wyzwiska i zostali opluci – z pewnością przez człowieka, który nie skojarzyłby go ani z twarzy, ani z nazwiska. Mydlana bańka by pękła.

Ta notka nie ma być jednak ani próbą polemiki, ani jakąś zaplanowaną krytyką pisarza, o ataku nie wspominając. Jak każda wyoutowana osoba publiczna, która nie stroni od rozmów na temat swojego życia, pan Dehnel dokłada, prawdopodobnie całkiem sporą, cegiełkę do burzenia muru lęku, nienawiści i tabu. I chwała mu za to.

Albo chwała i niechwała równocześnie.

Naszła mnie trochę smutna refleksja. Do niedawna internet przelewał się kiepskimi memami, które dzieliły świat gejów na cioty z parad i na panów w garniturach, którzy dzięki wielu czynnikom zapracowali sobie na szacunek i nobilitację z pedała na homoseksualistę. Przekonanie to, wyjątkowo groźne, bo po pierwsze segregujące ludzi na lepszych i gorszych, a po drugie potwierdzające, że gej, w przeciwieństwie do heteryka, musi sobie zapracować na szacunek, jest oczywiście głęboko zakorzenione w mentalności samych gejów. Obecnie to oni podłapali taki trend i podejrzewam, że głównie dzięki samym zainteresowanym nie stracił on jeszcze racji bytu. Gimnazjalistom przecież już się znudził. Gdyby dzielić tak gejów ze światka showbiznesu, panowie tacy jak Jacek Dehnel lub Tomasz Raczek znaleźliby się u samej góry w kolumnie „homoseksualistów z klasą”. Dziwnym trafem, obaj ci panowie zawsze mnie lekko irytują i nic nie potrafię na to poradzić.

Ostatnio często łapię się na zniecierpliwieniu, gdy czytam wypowiedzi homoseksualnych znanych i szanowanych. Można abstrahować w tym momencie od Polski. To raczej uniwersalny mechanizm: panowie z rodzin inteligenckich, z tradycjami i stabilną, jeśli nie wyjątkowo dobrą sytuacją materialną, którzy mieli zapewniony stosunkowo łatwy start w życie, wychodzą z szafy w starannie zaplanowanym przez siebie momencie – gdy pewni są, że taki coming out już im nie zaszkodzi w karierze. Co irytuje mnie w tym powtarzającym się procederze to fakt, że panowie ci są za swój pseudo heroizm nobilitowani i stają na szczycie w „hierarchii” środowiska, które równocześnie bez żenady linczuje tych, którzy nawet fizycznie nie mogli wtopić się w tłum i stawali się ofiarami homofobii zanim jeszcze ukształtowali się w pełni seksualnie. Na ich tle marnie wypadają fałszywi herosi, ale ze względu na swoją – odziedziczoną lub wypracowaną- pozycję, to oni stają się decydującym i często jedynym słyszalnym głosem na linii LGBT a społeczeństwo.

Swoimi coming outami kruszą powoli pomnik stereotypu geja- przegiętej cioty z parad, ale w jego miejsce budują drugi, monumentalny i w moim przekonaniu dużo bardziej toksyczny, bo z pozoru pozytywny – geja, mężczyzny sukcesu, bogatego i przystojnego prawnika, pisarza, dyrektora teatru, ewentualnie biznesmena lub polityka. Takiego, który zawsze będzie bogaty i nigdy się nie zestarzeje, a życie spędzi u boku drugiego przystojnego, osiągającego sukcesy, również zapakowanego w garnitur od Dolce&Gabbana.

Cytuje się więc entuzjastycznie medialne wypowiedzi panów, którzy poza autopromocją nie oferują środowisku niczego konkretnego. Równocześnie, są oni być może jedyną grupą, którą na efektowny aktywizm byłoby stać – i to również w sensie dosłownym. Zwykle są jednak niezdolni do spojrzenia z szerszej perspektywy na to, jak wygląda życie poniżej konkretnej ilości zer na koncie bankowym i bez nazwiska, które miałoby w jakichkolwiek kręgach jakiekolwiek znaczenie. Trochę to smutne.

Środowisko obraża się na przegięte cioty, czyniąc z geja w różowych legginsach kozła ofiarnego, którego należy jak najszybciej ukrzyżować dla dobra „wspólnej sprawy” i odzyskać swoją zszarganą męskość. Tymczasem ja coraz bardziej męczę się stereotypem z przeciwnego bieguna. Nie interesuje mnie już co do powiedzenia o całym środowisku mniejszości seksualnych ma obiecujący młody pisarz, szanowany krytyk filmowy, aktor, reżyser, znany prawnik. Oczywiście, że oni powinni się w tych tematach wypowiadać i ich głosy są szalenie ważne. Ale właśnie dlatego powinni zachować pokorę i zdać sobie sprawę, że są samym czubkiem tej góry lodowej, której 90% nie może się nawet wynurzyć nad powierzchnię homofobicznego ścieku.

Gdzie są dumni i szanowani homoseksualiści, kiedy dzieci oskarżane o bycie pedałami i przegiętymi ciotami wieszają się na sznurówkach? Prawdopodobnie dalej odbywają swoje wojaże po świecie, bezpieczni w swojej mydlanej bańce, bo zejście na ziemię im się zwyczajnie nie opłaca*.

 

(nie wiem kiedy napiszę obiecaną kontynuację poprzedniej notki… pomocy!)

*gwoli sprawiedliwości, Jacek Dehnel opublikował na łamach Polityki bardzo konkretny tekst o dobrych ludziach i Dominiku z Bieżunia